Mam tak samo ja Ty…..moje miasto a w nim….

Powiedzcie czy mieliście okazję odbyć podróż sentymentalną do miejsc w których przyszło Wam się urodzić,  chwytać dziecięce lata, dojrzewać i dorastać?

Ja niedawno miałam okazję – choć trwała miałam wrażenie – sekundę. Miasteczko, które zawsze wydawało się moje nagle przestało nim być.  Szczęśliwie układ centrum się nie zmienił – dzięki czemu poczucie zagubienia wydało się mniejsze – jednak trasa jaką pokonałam z punktu A do punktu B była zdecydowanie za krótka. Czy to miasto się skurczyło –  czy ja urosłam? Opuściłam je w wieku 15 lat. Najpierw wracałam jako gość w każdy weekend potem coraz rzadziej a z czasem zmieniłam je na inny dom. Jeszcze ślub w rodzinnym mieście, chrzest dziecka i tyle co mi zostało…wspomnienia.

Szczęśliwie trwają stałe punkty których kurczowo się uczepiłam – i które upewniają mnie że to miasto to jest rzeczywiście mój stary dom. Papierniczy  obok starego PKS –  nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat opiera się coraz liczniejszym marketom, kwiaciarnia i sklep ze wszystkim tuż obok, w bocznej uliczce sklep z kapeluszami – pamiętam jak moja mama zamawiała tam nakrycie głowy o śliwkowym kolorze. Ogromny dom kupiecki w którym co kilka lat było coś innego – ale ma nieśmiertelne schody i murek po którym się chodziło. Tuż obok fotograf na którym zawsze sprawdzałam z koleżankami kto z kim i w jakiej sukni. No i budka z zapiekankami –  jedyna moja, cieszę się, że pozwalają jej tam być choć nie pasuje do otoczenia. Rynek niby ten sam ale teraz jakiś wielki brzydki grzyb kłuje w oczy – ale widać taka potrzeba społeczna w grzybie napić się piwa. I to co najbardziej kłuje w serce – to budynki ze sklepami w miejscu starego PKS – gdzie w godzinach popołudniowych gromadziła się setka uczniów dojeżdżających z pobliskich miejscowości. Gdzie pary się spotykały, obejmowały, żegnały i witały. Można było tez oberwać, a jak. Serce było i żyło w samym środku miasta – teraz są sklepy ale życie widziałam tylko na przejściu dla pieszych. Może w tygodniu jest inaczej. Może będę miała okazję kiedyś zobaczyć.

Kierując się w stronę mojego osiedla zobaczyłam miejsce gdzie jako dzieciaki biegaliśmy – „Bartka” – świetlicy w której mogliśmy oglądać kolorowe bajki – takie organizowane pokazy z późniejszą wypożyczalnią kaset video w piwnicy. Czad! Budynek stoi. Piękne zielone trawniki z mleczami – jak dawniej. Szukam wzrokiem parkingu na którym zbiegałyśmy się z dziewczynami z okolicznych bloków i grałyśmy w dwa ognie, zbijaka, króla skoczków, strzelców – czasami oberwało się za uderzenie piłką w auta albo od mieszkańca któremu okazało się że walimy w ściany. Ale nikt nie zawieszał tabliczki z zakazem gry w piłkę. Mieliśmy ogromne szczęście. Ogromny orzech rosnący przy ulicy a który tracił swoje owoce nim zdążyły dojrzeć.  Teraz patrzę, że samochodów stoi tyle, że nawet jedna drużyna nie miałaby szans na grę. Drzewa też  nie ma. Sobota – południe, ładna pogoda – dzieci też nie ma. Pewnie grają ale w świecie Minecrafta. Ale jest piękny Orlik  i mnóstwo legalnego miejsca dla piłki. Ani śladu po szambie ogrodzonym wielką siatką, prowizorycznych garażach na motor, auto które sąsiad namiętnie reperował i pobudzał bębenki uszne mieszkańcom próbując odpalić „skarpetę”. Ha – i śmietnik i trzepak stoi – nieśmiertelny, nienaruszony może nawet bardziej odświeżony i zadbany. Mój blok, moja klatka, moje okna. I znów zaczęłam się zastanawiać czy to tutaj, że przecież  to było większe i wyższe. Spojrzałam w górę, na drugie piętro. I stało się coś czego się nie spodziewałam. Zaczęłam płakać. I płaczę teraz. Bo to była ta chwila kiedy po 17 latach chyba dotarło do mnie że to straciłam, że tego nie ma. Nie ma już dla mnie. Moje Bema. Miejsce w którym się urodziłam, wychowywałam, wygłupiałam i doznawałam wszystkich tych uczuć i emocji jakich młody człowiek dotyka w swoim życiu. Ja, która świetnie się adoptuje do każdego nowego miejsca poczułam ogromny ból. Ból który oznacza tęsknotę za przeszłością i miejscem które mnie stworzyło.

I wtedy zobaczyłam dwie postacie, niezmienne. Sąsiadki, tzw. „ oko i ucho osiedla”. Wychodziły na spacer. Na włosach mają już szron, krok już wolny. Złapały się pod rękę i idą razem. Pewnie do kościoła. Zdążyłam jeszcze powiedzieć im Dzień Dobry ale pewnie mnie nie poznały. I wtedy zaczęłam się do siebie uśmiechać w  duchu że pewne rzeczy są jednak niezmienne. I stałe punkty są….i chodzą nadal na spacer.

Kiedy się rodzimy nikt nie przypisuje nas do jednego miejsca.  Świat jest ogromny,  piękny i w nas leży decyzja gdzie znajdziemy dla siebie dom. Czasami możemy błądzić nim nabierzemy pewności, czasami ze strachu nie opuszczamy miejsca w którym jesteśmy. A niekiedy rodzimy się dokładnie tam gdzie powinniśmy być już zawsze. Jak jest ze mną? Jak jest z każdym z Was?

Jednak bez względu na to gdzie wiatry nas rozrzucą na ziemi nie zapominajmy o miejscach które Was „zrodziło”, z których się wywodzimy – bez względu na historie i wspomnienia – bo te miejsca kształtują nas i wpływają na nasze życie. Jeżeli je opuściliśmy może warto je odwiedzić i pozwolić sobie na łzę i zaraz po Dzień dobry powiedzieć symboliczne Do widzenia. Ważne by na koniec być w miejscu w którym, choć szron na włosach i krok wolny, weźmiemy kogoś pod rękę i będziemy mogli iść na spacer…

NieMatkaPolka

P.S. Sylwia K – dzięki za chwilę rozmowy. Nie można zapominać.

Share

Polaków rozmowy w pociągu

Standardowy powrót pociągiem do domu. Powiedzcie jak często jesteście świadkami ciekawych, głębokich rozmów współpasażera z kimś po drugiej stronie ucha? Jakże głębokie jak otchłań wydobywają się z nich treści i nierzadko tak porywające że masz ochotę wyrwać słuchawkę z ręki w miarę nie robiąc krzywdy i wyrzucić telefon przez okno.  Ale to tylko w Twojej wyobraźni…..

Dziś przytrafił mi się przypadek który o dziwo nie spowodował palpitacji fal mózgowych – przynajmniej moich. Po mdłych wysokotonowych ochach i achach nastolatek dał się słyszeć przejmujący głos pasażera z przeciwka – Jak to kurwa? Z murzynem???? – wszyscyśmy byli ciekawi co z murzynem. Pan urody przeciętnej wyglądzie jeszcze gorszym – jednakowoż wskazującym na lekkość swego bytu (a może zwyczajny luz) kontynuuje – Ja pierdolę z murzynem kurwa wódkę wypił? Przecież dopiero co mi kurwa  w Sopocie opowiadał, że prędzej murzyna pierwszym samolotem do Afryki odeśle niż mu rękę poda –  i nie wiem co mnie zdumiało, czy te kurwy w ataku (wszak słownictwo pielęgnować trza aczkolwiek bez nich nie odczulibyśmy powagi i napięcia, szoku i zdumienia danej sytuacji), czy to że z murzynem pił wódkę czy może wzbudzona sympatia otaczających go ludzi powstrzymujących kącik ust od urokliwego uśmiechu. Pan widząc zainteresowanie – kontynuuje nie wyciszając głosu (o murzynie już chyba wątek zakończył swój) – No i Ci mówię została nam już tylko szklanka bimbru i nie wiedzieliśmy kto ma ją wypić… – ? i to jest zagwostka, ja pewnie po takiej szklance umierałabym przez tydzień ale widać dla ów dżentelmena szklanka to ledwo westchnienie. I znowu wątek murzyna, że jak to fajny? Że dawał rade pić i pierwszy nie padł. Zdumiewające. Zatem do Afryki nie wróci.

I tak sobie pomyślałam – jakiż to ciekawy, międzykulturowy żywot mają panowie dżentelmeni. A u mnie ani murzyna ani szklanki bimbru……. tylko  ten pociąg 😉

P.S. przepraszam za te kurwy ale tekst ocenzurowany nie miałby sensu

Share

Kiedy złapać ten pociąg….

Zaliczam ostatnie schody prowadzące do szczęścia zwanym powrotem do domu. Z tyłu głowy słyszę dobrze mi znany szum oznaczający nadjeżdżający pociąg. I ruszyła maszyna losująca – nastąpiło zwolnienie blokady. Trącają mnie z lewej, trącają mnie z prawej – noż kuwa mać – przecież sędzia nie odgwizdał jeszcze startu! Ale nie biegną. Bo jedzie – i jak na złość krótki. A dokąd to dokąd to dokąd tak gna ? – idąc za poetą – wyczekuję bo może moja klatka STOP w oczach wyłapie napis na wagonie. Błonie – cholera w moją stronę. No i dołączam. Przeplatam te moje przeszczepy na obcasach, kilkukilogramową torebeczkę ze sprzętem  przerzucam przez ramię i rwę się jak w Biegu Niepodległości – w nadziei że w tym roku złamię 1h. I czuję że ciężko idzie, innym znacznie lepiej. I nagle głos rozsądku (często jednak zbyt odległy) mówi do mnie. Kobieto – Ty się opanuj. Nie biegnij za tłumem, Ty wracasz z pracy a nie idziesz do pracy! Popatrz w górę słońce świeci! Wpadniesz jak inni do wagonu z burakiem na twarzy, oddech zbyt szybki zdradzi, żeś w żadnej kondycji i nie daj Boże nikogo w pobliżu do reanimacji (Ciebie oczywiście). Ty miej godność. Popatrz jak ławka mówi do Ciebie „siądź gościu acz spocznij sobie”, wyjmij tę książkę – przecież jesteś na ostatnim rozdziale w którym właśnie wszystko ma się wyjaśnić. Pierwsze słońce niech rozpieści Twoje lico i zarzuci Cię oczekiwaną przez zimę naturalną wit. D. Poczuj swoją godność. To nie pociąg dyktuje Ci jak masz żyć – to Ty dyktuj do jakiego pociągu wsiadasz.

I takem posłuchała tegoż głosu, podobno rozsądku. I zatrzymałam się i wystawiłam pyszczek ku słońcu i wyciągnęłam książkę i wciągnęłam wiosenne powiślańskie warszawskie powietrze. I rzekłam, że jest dobrze.  Po 5 minutach podjechał kolejny transport – wsiadłam ze stoickim spokojem, z godnością jak kobieta sukcesu 😉 bez ziajania i karpia na twarzy.

I jedno Wam powiem: pamiętajcie żeby się zatrzymać, wyciągnąć książkę lub wystawić twarz ku słońcu. Złapcie chwilę, przestańcie ciągle biegać za życiem bo ktoś Was w bok trąca. Wsiądźcie do Waszej chwili wtedy kiedy to Wy o tym zdecydujecie. A inni jak chcą niech dyszą i zieją… to tylko Pociąg…(?)

NieMatkaPolka

Share