Mojżesz naszych czasów w komunikacji (?)

Widziałam pewnego Pana dwa razy w trakcie moich podróży do pracy. Wsiadał na Zachodnim i spokojnie kierował się ze swoimi bagażami ku Wschodniemu. I nic nie byłoby w tym niezwykłego gdyby nie fakt że ludność przed nim wręcz się rozstępowała. Można by rzec Mojżesz naszych czasów 😉

Człowiek ów nim wsiadł do wagonu wywołał już wśród pasażerów niemałe zamieszanie. Widziałam chyżo kroczących do innej części pociągu. Młodsi nie udawali i na twarzach było widać panikę, strach, zniesmaczenie. Tuż za nimi nieco starsze Panie – wcześniej zmęczone szukające miejsc siedzących, gotowe przyłożyć laską – teraz żwawo niczym nimfy wodne nad szemrzącym strumykiem pomykały „czym dalej tym lepiej”. Część osób w garniturach przybrały pokerowe miny i niby nigdy nic poszły myśląc że nikt nie zauważy i nie pomyśli że przemieszczają się przez owego mężczyznę (że niby tak dobrze wychowani i nie wykazujący uprzedzeń).

Zaniepokojona wraz ze znajomą obserwujemy te pospolite ruszenie.  O co kaman? Nagle drzwi otwierają się. Czekamy na rozwój wydarzeń. Najpierw wchodzi jeden worek, potem kolejny i tak trzeci, czwarty. Tuż za workami i torbą rodem ze stadionu 1000-lecia (plastik w kratę) wyłania się postać wielkiego Pana. Pan mozolnym i ciężkim krokiem pokonuje schody prowadzące do składu. Na nogach charakterystyczne worki na śmieci zamiast butów – obwiązane sznurkiem, ten sam sznurek podtrzymuje spodnie. Niewiadomo czy Pan taki wielki czy tyle ubrań w zapasie ma na sobie.  Twarzy też na próżno szukać – zarośnięta wszystkim co możliwe, łącznie z brudem. Poza tym spuszczona w dół. Tu z pewnością nie ma co szukać pewności siebie.

Patrzymy na siebie ze znajomą i czekamy. Napięcie na twarzach nie tylko naszych…wyczekiwanie…cisza… tylko najwytrwalsi pozostali na swoich stanowiskach. Wszyscy czekamy aż zjawisko dyfuzji zadzieje się w środowisku naturalnym człowieka. Prawie jak na kolejce górskiej kiedy trzymasz się rękoma za oparcia, wstrzymujesz oddech bo nie wiesz co Ciebie czeka za następnym zakrętem. I stało się. Dochodzi również do Mnie – i nie są to olejki z wyniesione ze SPA. Dużo mówiący wzrok współpasażerów powoduje że czujesz się mistrzem telepatii, znajdujesz nić porozumienia z obcymi i już wiesz, że dzisiaj nie jesteś sam, że kawa poranna nie jest już Ci do niczego potrzebna. Jednak twardo siedzimy. Za chwilę nasz przystanek. Pozostała nas tylko garstka.

I może Pan mógłby być jak Mojżesz – rozstąpiło się przed nim morze ludzi. Problem tylko w tym, że nikogo za sobą już nie poprowadził.

Potem spotkałam go jeszcze raz. Wagon również opustoszał nim Pan zdążył rozgościć  się ze swoim dobrobytem. Podobno często można go spotkać na tej trasie w porannych godzinach. Jednak nie o sytuacji ludzi prawdopodobnie bezdomnych chciałam tu pisać – zbyt mało o nich wiem aby wymądrzać się i stawiać tezy utwierdzające mnie w znakomitości mej psychoanalizy na podstawie narysowanego obrazka.

Myślę, że wiele osób podróżujących komunikacją miejską spotyka takich „Mojżeszów” i stara się dyskretnie odsunąć lub nie poznać po sobie, że jednak zmysł węchu nie jest mu obcy. Część osób w myślach zapewne wyraża wielce oburzenie – na szczęście za myśli nie trzeba się tłumaczyć, część szepnie coś znajomemu do ucha. Tylko nieliczni rzucą wzrok pogardy dla być może ludzkiego upadku. Ale faktem jest że prędzej to pozostali wysiądą i zmienią środek lokomocji niż kogoś z niego „wyproszą” (podobno teraz jest taka możliwość) podejrzewam że nawet kontroler nie ma odwagi zapytać o bilet. I tak przyszło mi do głowy odnieść to do sytuacji życiowej: ileż to ludzi rozsiewa smród wokół siebie – ale nie ten fizyczny tylko ten duchowy. I jak wielu z nas nie powie nic tylko odsuwa się lub udaje że nic nie zauważa, chociaż strefa dyskomfortu dawno przekroczona. Ilu z nas nie ma odwagi (dlaczego?)  wyrzucić ze swojego życia osób które sprawiają że wagon pustoszeje i dalej za nimi nie ma nic… Czy tak chcemy być wszyscy cholernie poprawni, uprzejmi, kulturalni i wychowani że pozwalamy aby w pewnym momencie ktoś po prostu wszedł z tobołami w nasze życie i albo ostatecznie udajemy (gwarantuję że krótkotrwałe rozwiązanie) , usuwamy się a ostatecznie zmieniamy trasę.

Tyle tylko, że ów Pan roztaczający woń fizyczną wsiądzie/wysiądzie poza tym łatwiej zmienić wagon (aczkolwiek zapadnie w pamięć) i rozum podpowiada nam, że za chwilę to się skończy i należy dać każdemu szansę i przeczekać.  Czy jednak w życiu zdążymy zauważyć  kiedy ta krótka chwila powinna się skończyć, czy szansa którą daliśmy właśnie traci rację bytu…..

Pozostaje mi jedynie życzyć Wam samych pięknych zapachów i ludzi (uwaga: przed nami lato)

Share