Współżycie społeczne w pociągu ?

Jadąc pociągiem wczoraj z pracy, zanurzyłam się tradycyjnie najpierw w kuleczkach na telefoniczku a jak już mi wszystkie życia się skończyły, wyjęłam książkę z torebki.

Oczywiście nos mój zanurzony w czymkolwiek wyłączył mnie ze społeczeństwa. Nieoczekiwanie lekturę moją przerwał niesamowicie kichający Pan z tyłu wagonu. Może i rzekłabym mu „na zdrowie” jednak starałam się skoncentrować na lekcji umierania jaką właśnie przechodził bohater książki którą czytałam, i tak jakoś z tym zdrowiem mi się nie zgrało.

W związku z tym, że jak się okazało nie byłam osamotniona w nieżyczeniu nikomu niczego, życie społecznie nie rozwijało się w żaden sposób. Pan kichał dalej.

Pan kicha, karawana jedzie dalej.

Wtem trzech mężczyzn prawie jak w piosence SDM „o twrzach przeraźliwie trzeźwych” wstało i rzecze: to kichanie to tak na kielicha! Pan się broni: nie, nie – to kwestia złego stroju. Panowie: ale to smiało trzeba się wzmocnić. Zapraszamy – na drugą nogę bo inaczej nie przejdzie.

I co się wydarzyło? Pan właśnie zyskał trzech nowych przyjaciół którzy w całej szarości codziennego dnia podjęli próbę współżycia społecznego. Panowie we czterech jechali dalej już razem. Kichnięcia jakby zamierały.

Zamykając książkę w której wiele prawiło się o umieraniu tym fizycznym jak i duchowym – doszłam do wniosku, że w swojej anonimowości wielu z nas umarlo już dawno. Z amoku niekiedy wyrwie nas kichanie – tylko czy kogoś to obudzi?

NieMatkaPolka

Share