Wiatr w żaglach na początek

W dniu dzisiejszym po wielu tygodniach wręcz miesiącach poczułam że znowu łapię wiatr w żagle.

Natchniona nie wiadomo czym postanowiłam że w końcu po 1,5 roku ruszę ten mój zad i wybiegnę. Dzieci porzuciłam zatem, strój sportowy przywdziałam (taki wiecie nie różowy, nie jaskrawy, każdy element totalnie nie pasował do całej reszty, nie nałożyłam mejkapu no i of kors bez selfie  przed i po), i wyleciałam. Oczywiście sprzęt musiał być. GPS załączony, muzyczka leci i biegnę. I biegnę. I czuję że życie należy do mnie. W sumie cieszę się że ciemno już bo mijające mnie osoby przynajmniej nie mają wrażenia że mija ich „potrącony” przez los człowiek. I tak czuję że wszystko mogę, wiatr przemyka się pomiędzy moimi rozpuszczonymi i niesfornymi włosami dodając mi poczucie swobody i wolności. Wierzę, że mogę. I biegnę. Czuję jak zostawiam punkt startowy daleko ode mnie. Mięśnie całe drżą jakbym pół dzielnicy przeleciała a oddech nierówny zaczyna synchronizować się z rytmem muzyki w uszach. Mijam innych zziajanych, stać mnie jeszcze aby machnąć ręką w geście pozdrowieniowym (poczułam się taka przynależna do kolejnej grupy społecznej). I tak szczerzę te zęby z radości że kawał drogi za mną, że zaraz finał bo twarz pragnie przytulić się już do przeszkadzającego mi asfaltu, że wracam do życia choć padnięta i kroku kolejnego niepewna – a tu słyszę w słuchawkach…. 1 kilometers and 100 meters????? I słodkie me zapytanie się wyrywa WTF??? Wytłumaczenie jest jedno: musiałam złamać czasoprzestrzeń.

No to sobie NieMatkaPolka pobiegała….. ale jest git. Bo zarzekłam się że już w październiku pobiegnę 10 km i już nie odpuszczę. Bo kto głupiemu zabroni! Szczególnie jak czuje wiatr w żaglach.

Pozdrawiam wszystkich biegaczy i tych prawiebiegaczy i tych niebiegaczy ale myślących o bieganiu. Niech wiatr będzie z Wami wszytskimi

NieMatkaPolka

Share