NieMatkaPolka sama w domu

No dobrze. Ferajna  – czyli dzieci i mąż wyjechali na 5 dni. Normalnie zajebiście (i tu bym użyła jeszcze tzw. przecinka ale pozostawię go jednak w domyśle). Tchniona nowym życiem mówię sobie – to Twój tydzień,  pokaż im Tygrysie. No to pokazałam.

Już pierwszego dnia „zasiedziałam” się w robocie. Po kolację wpadłam do pobliskiej Żabki – i wyrwałam ostatniego hot-doga.  W domu  w podskokach i z energią usiadłam na kanapie. Po godzinie stwierdziłam, że może tak bym coś zrobiła? No to włączyłam pranie. Szczęśliwie środki chemiczne się skończyły to za bardzo się nie zmęczyłam – co tam będę się rozpędzać. Nawet nie pamiętam co robiłam wieczorem. Ale wiem jedno, cholera- milczałam. Jak mnie szlag trafiał, że gęby nie miałam do kogo otworzyć. Ile można ze sobą dialogi w głowie prowadzić? Gorzej jak zaczynają to być dialogi natury filozoficznej i zaczynasz zastanawiać się nad istotą bytu i niebytu. Dla bezpieczeństwa chrząkam, jęknę, ziewnę, zaśpiewam. Samotność pozwala na odświeżeniu podstawy karaoke jak i nadrobieniu niezdobytych leveli w Candy Crush.  Normalnie wieczór tak szalony że sama się podniecam na samo wspomnienie o nim.

Drugi dzień jest jeszcze lepszy. Pykam rowerem do Biedry a przed kasą wracam do półek odstawić część rzeczy gdyż przypominam sobie, że to jednak tylko rower a nie ciężarówka a do plecaka wszystkie proszki, płyny i inne się nie zmieszczą. Chwytam zatem za podstawy w tym Tiramisu (w końcu ile można jeść hot-dogói?) i wracam do domu. Dla rozrywki włączam pranko i włączam film. Nie wiedzieć czemu zapodałam sobie „Plac Zbawiciela”. No …(przecinek) idealny dramat na samotny wieczór.  I tu już śmiesznie być przestało. Nie będę pisała o filmie. Jedynie polecę Wam do obejrzenia. Szybko zweryfikowałam siebie. Poodklejałam kilka ran po to tylko by znów na jakiś czas je zamknąć. Pogadałam chwilę z kumplem – mój towarzysz niedoli któremu czasami się wyleję a czasami jemu się wyleje. I tak polaliśmy sobie. A potem ja sobie polałam i wylałam za zdrowie Marty i Rogusa – bo oni już nie mogą lać…..  Wieczór z „dołem” w całym tym planie relaksu też musi być. A przed snem upewniam się czy nadal jestem dobrym człowiekiem i czy byłaś i czy będziesz….. i  tak zastaje mnie  świt.

Dzień 3 – z racji utraty na kilka dni dzieci własnych, na randkę wieczorem umawiam się z cudownym dzieckiem nie swoim. Tak to już NieMatkaPolka ma,  że klei się do bejbików.  Bo NieMatkaPolka wie, że ciepło, ufność, oddech i zapach maleństwa jest dla niej lekiem na całe zło.  A potem znów powróciłam do pustego domu. Dla rozrywki włączyłam pralkę – taki fun a niech coś się dzieje.  Tiramisu zaliczone dopchane Nachosami z sosem serowym. Żyć nie umierać

Przychodzi upragniony dzień 4 – zgadnijcie co? Nic się nie dzieje. Dla odmiany jem kolację, włączam pralkę (tak naprawdę miałam dużo prania). Zaliczam karaoke – niech moje uszy trochę dostąpią koncertu nieoszlifowanego diamentu. I tak jak o godz. 20.30 usiadłam prawie leżąc – tak mija właśnie trzecia godzina gdzie pozycji mej nie zmieniłam. Dziś znowu poleję – kolejna osoba odeszła. Pani Leonardo – miała Pani piękne życie. To zaszczyt że mogłam Panią poznać.

Tak – szaleństwo. Cztery dni wolnej kobiety, wolnego człowieka….  Miałam dzisiaj iść do kina ale los sprawił ,że karty z domu nie wzięłam a jak już dojechałam do domu to niechcący usiadłam.  Zaczynam się zastanawiać czy na progu mojego mieszkania nie ma ukrytych fal które wyłączają moja energię, pasję, zapał. A może one są udawane? A ja jestem leniwym, smutnym człowiekiem. A może po prostu jestem bardzo, bardzo zmęczona a bycie przez kilka dni samej z możliwością totalnego resetu to dla mnie prawdziwe wakacje.

Jednego jestem pewna. Jutro wracają a bez nich bym zginęła. Jako człowiek……

NieMatkaPolka

P.S. Życzę Wam kilku dni totalnego lenistwa i rozmowy z samym sobą i milczenia ze sobą.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.