Wszystkie wpisy, których autorem jest Niematkapolka

NieMatkaPolka sama w domu

No dobrze. Ferajna  – czyli dzieci i mąż wyjechali na 5 dni. Normalnie zajebiście (i tu bym użyła jeszcze tzw. przecinka ale pozostawię go jednak w domyśle). Tchniona nowym życiem mówię sobie – to Twój tydzień,  pokaż im Tygrysie. No to pokazałam.

Już pierwszego dnia „zasiedziałam” się w robocie. Po kolację wpadłam do pobliskiej Żabki – i wyrwałam ostatniego hot-doga.  W domu  w podskokach i z energią usiadłam na kanapie. Po godzinie stwierdziłam, że może tak bym coś zrobiła? No to włączyłam pranie. Szczęśliwie środki chemiczne się skończyły to za bardzo się nie zmęczyłam – co tam będę się rozpędzać. Nawet nie pamiętam co robiłam wieczorem. Ale wiem jedno, cholera- milczałam. Jak mnie szlag trafiał, że gęby nie miałam do kogo otworzyć. Ile można ze sobą dialogi w głowie prowadzić? Gorzej jak zaczynają to być dialogi natury filozoficznej i zaczynasz zastanawiać się nad istotą bytu i niebytu. Dla bezpieczeństwa chrząkam, jęknę, ziewnę, zaśpiewam. Samotność pozwala na odświeżeniu podstawy karaoke jak i nadrobieniu niezdobytych leveli w Candy Crush.  Normalnie wieczór tak szalony że sama się podniecam na samo wspomnienie o nim.

Drugi dzień jest jeszcze lepszy. Pykam rowerem do Biedry a przed kasą wracam do półek odstawić część rzeczy gdyż przypominam sobie, że to jednak tylko rower a nie ciężarówka a do plecaka wszystkie proszki, płyny i inne się nie zmieszczą. Chwytam zatem za podstawy w tym Tiramisu (w końcu ile można jeść hot-dogói?) i wracam do domu. Dla rozrywki włączam pranko i włączam film. Nie wiedzieć czemu zapodałam sobie „Plac Zbawiciela”. No …(przecinek) idealny dramat na samotny wieczór.  I tu już śmiesznie być przestało. Nie będę pisała o filmie. Jedynie polecę Wam do obejrzenia. Szybko zweryfikowałam siebie. Poodklejałam kilka ran po to tylko by znów na jakiś czas je zamknąć. Pogadałam chwilę z kumplem – mój towarzysz niedoli któremu czasami się wyleję a czasami jemu się wyleje. I tak polaliśmy sobie. A potem ja sobie polałam i wylałam za zdrowie Marty i Rogusa – bo oni już nie mogą lać…..  Wieczór z „dołem” w całym tym planie relaksu też musi być. A przed snem upewniam się czy nadal jestem dobrym człowiekiem i czy byłaś i czy będziesz….. i  tak zastaje mnie  świt.

Dzień 3 – z racji utraty na kilka dni dzieci własnych, na randkę wieczorem umawiam się z cudownym dzieckiem nie swoim. Tak to już NieMatkaPolka ma,  że klei się do bejbików.  Bo NieMatkaPolka wie, że ciepło, ufność, oddech i zapach maleństwa jest dla niej lekiem na całe zło.  A potem znów powróciłam do pustego domu. Dla rozrywki włączyłam pralkę – taki fun a niech coś się dzieje.  Tiramisu zaliczone dopchane Nachosami z sosem serowym. Żyć nie umierać

Przychodzi upragniony dzień 4 – zgadnijcie co? Nic się nie dzieje. Dla odmiany jem kolację, włączam pralkę (tak naprawdę miałam dużo prania). Zaliczam karaoke – niech moje uszy trochę dostąpią koncertu nieoszlifowanego diamentu. I tak jak o godz. 20.30 usiadłam prawie leżąc – tak mija właśnie trzecia godzina gdzie pozycji mej nie zmieniłam. Dziś znowu poleję – kolejna osoba odeszła. Pani Leonardo – miała Pani piękne życie. To zaszczyt że mogłam Panią poznać.

Tak – szaleństwo. Cztery dni wolnej kobiety, wolnego człowieka….  Miałam dzisiaj iść do kina ale los sprawił ,że karty z domu nie wzięłam a jak już dojechałam do domu to niechcący usiadłam.  Zaczynam się zastanawiać czy na progu mojego mieszkania nie ma ukrytych fal które wyłączają moja energię, pasję, zapał. A może one są udawane? A ja jestem leniwym, smutnym człowiekiem. A może po prostu jestem bardzo, bardzo zmęczona a bycie przez kilka dni samej z możliwością totalnego resetu to dla mnie prawdziwe wakacje.

Jednego jestem pewna. Jutro wracają a bez nich bym zginęła. Jako człowiek……

NieMatkaPolka

P.S. Życzę Wam kilku dni totalnego lenistwa i rozmowy z samym sobą i milczenia ze sobą.

Share

NieMatkaPolka na odwyku

Jakoś tak wyszło, że namiętnością swą obdarzyłam ładnych kilka lat temu pewien napój – brązowy z bąbelkami – podobno z nadmiarem cukru. Już nie pamiętam czym mnie skusił – smakiem czy atrakcyjnym opakowaniem – faktem jest, że zanurzyłam się w nim bez opamiętania.

Z roku na rok wciągał mnie coraz bardziej. Próbowałam kilka razy Go rzucić, znaleźć zamiennik jednak na nic zdały się wszelkie sposoby zerwania tego związku. Na samą myśl o słodkiej pieszczocie podniebienia nęconym delikatnie przez musujące cząsteczki ulatniającego się gazu spływającym wprost w czeluści mej osoby nie byłam w stanie się powstrzymać. Sączyłam litrami – w towarzystwie pizzy, popcornu, chipsów , śniadania, obiadu, kolacji. Nic nie istniało poza nim.

Trwało to ponad 10 lat. On dawał mi radość i orzeźwienie a ja jemu? Nie wiem, może po prostu wiedział że jestem i może na mnie liczyć. Nawet jak przyszedł tamten drugi, na chwilę, to wierzył że i tak wrócę.

Jednak w tym roku powiedziałam dość. Już dawno wielu mówiło. Rzuć Go, on uzależnia, niszczy i zmienia Ciebie od środka. Nie chciałam słuchać. Przyjemność ponad wszystko.

Ale zrobiłam to. Najpierw pojawiły się drgania mięśni. Potem powoli zaczął dopadać ból głowy. Nie dowierzałam, że tak się od niego uzależniłam. Starałam się odwracać  wzrok od miejsc gdzie stał. Niemal słyszałam jak woła z daleka, zamknięty. Zaczęłam ćwiczyć – myślę sobie – może to pomoże mi Go wyrzucić z głowy. Po tygodniu wywalił mi się krążek w odcinku lędźwiowym. Mój organizm czuł że coś odrzucam, że zmieniam coś diametralnie w swoim życiu a On mi na to nie chciał pozwolić. W chwili największego kryzysu zastanawiałam się po co właściwe to robię? Mój organizm tego nie chce. On chce być z nim!

Podeszłam do lodówki. Wzięłam go blisko po miesiącu rozłąki. Wiedział, że zaczęłam pić herbatę. Nalałam i wypiłam…… To nie był już ten sam mój brązowy napój. Popatrzyłam na niego inaczej i zaczęłam się zastanawiać czy zawsze taki był a ja tego nie dostrzegałam? On już nie jest mój. Wtedy poczułam, że mogę bez niego już żyć. Organizm zaakceptował mój wybór i przestał się opierać. Litr już nie znika w dzień. Jest problem aby zniknął w 3 dni i to z pomocą innych. W ogóle przestał bywać w mojej lodówce.

Oczywiście sama nie dałabym rady. Ten wzrok pogardy kiedy byłam blisko załamania, te reprymendy od koleżanek . Te twarde Nie Pij, Dasz radę. Dałam.

I pomyśleć, że to tylko On. Pomyśleć, że wystarczyło tylko przestać. Pomyśleć, że wystarczyło tylko podjąć decyzję. Pomyśleć, że z każdego toksycznego związku można się wyrwać. Wystarczy tylko…….

(Nie)Uzależniona NieMatkaPolka

Share

Moje własne Azja Express

Jako że NieMatkaPolka kreuje swoje przygody udowodniłam sobie niedawno, że jak ktoś chce to zrobi swoje prawie „Azja Express” nawet w centrum Warszawy.

Ci co mnie znają wiedzą, że z komunikacją miejską miłujemy się niezwykle.  Raz ona mnie wywiezie za Warszawę, raz ja   skopię autobus i takie tam.  Ostatnio zatem postanowiłyśmy  przypomnieć  o sobie.

Plan był prosty – wsiąść do konkretnego tramwaju – dojechać do centrum dopaść docelowy autobus i bezpiecznie dotrzeć do domu w 35 min. Ale nie…. przecież NieMatkaPolka musi zrobić sobie pod górkę. Postanowiła wsiąść do autobusu byle jakiego – bo był o 20 metrów bliżej niż tramwaj i wydawało mi  że że jedzie do centrum. Nie jechał.  Kiedy juz rozpoznałam znajome ulice niedaleko uniwersytetu wysiadłam czem prędzej. Początkowo zła na siebie szukałam przystanku powrotnego ale kiedy ujrzałam pięknie oświetlone lampeczkami ulice zrobiłam sobie krótki spacer. Tym sposobem dotarłam do stacji Metro Uniwersytet. Oświeciło mnie że podjadę nim do Centrum – i znowu wszystko się zaczęło układać. Schodzę i paczę i się dziwuję. Nie znam. I po czasie zajarzyłam że to ta druga nitka. Szczęśliwie przystanek „Świętokrzyska” wydał mi się znajomy – ponownie myśl oświeconych – podjadę do niego a tam się przesiądę do kolejnego metra i będę w Centrum. Jakem pomyślała takem zrobiła. Poczułam się taka wyluzowana pośród młodego towarzystwa w wagonie. Wiecie, taka z miasta…

Wysiadam na stacji i w tej rozanielonej atmosferze (pewnie od tych lampek ulicznych) wsiadam do kolejnego pociągu w pierwotnej nitce metra. Pociąg rusza. I o mało co ni wrzasnęłam  Nosz K**wa Mać!  (takie magiczne hasło) oczywiście wybrałam nie ten kierunek. Wylądowałam w punkcie początkowym. Mówię sobie – w dupie to mam. Wsiadam w trmawaj i jadę jak najdalej do domu. Już nie chcę przez Centrum – widac Centrum nie chce mnie. Widzę jest tramwaj … za 13 minut. Że zaczęło robić mi się zimno wsiadłam do pierwszego który jechał w tym samym kierunku  – byle do przodu. I  jadę. W między czasie pada mi bateria w telefonie. Jadę taka zamyślona i wyobrażam sobie jak gram w moje Candy Crash, jak przesuwam te czerwone cukierki i zdobywam punkty i przechodzę kolejne poziomy. Z tego błogostanu wyrywa mnie zmian trasy. Jak to ? Oczywiście gdyby uważała to by przeczytała – że ZJAZD DO ZAJEZDNI. Tramwaj skręca w boczną, ciemną ulicę po której nawet taksówka nie chciała jechać. Chyba nie muszę opisywać jakich głebokich i sensownych słów z naszego staropolskiego użyłam . Lecę ochoczo do głównej i widzę jak mi mój tramwaj na który mi się nie chciało czekać przejeżdża. Mijają kolejne minuty. Jedzie coś. Dodam tylko że minęła już godzina odkąd ruszyłam w trasę. Wsiadam do tramwaju i do celu. Tylko jedna jeszcze przesiadka i pod dom. Było już grubo po 23. Z mojego ostaniego przystanku miałam juz ok 2 km do domu. Biegnę szczęśliwa że to już zaraz. Patrzę na rozkład i oczom K*wa nie wierzę, został mi już tylko nocny po północy.  Już mnie taka złość wzięła, że stanęłam sfrustrowana i niwiele myśląc zaczęłam łapać stopa. Jeden, drugi, trzeci, nawet autobuzsz przejazdem technicznym – nikt się nine zatrzymywał. Powiedziałam sobie – macham ostatni raz. W Azja Express gdzieś na wioskach łapali stopa ? To i ja w Warszawie złapię! I wtem zacny młodzieninec zatrzymuje się i zapytuje gdziez to gdzież ? POD DOM!!!!!!!

I tak o to zawiózł mnie bezpiecznie pod moje mieszkanko gdyż żal mu się mnie zrobiło. Bo późno, zimno, wilki jakieś…..

Przyszła mi potem taka refleksja – jak bardzo potrafimy sobie skomplikować nasze życie i drogę do celu, kiedy postanowimy już na początku pójśc na skróty z lenistwa, tracąc uwagę i determinację. Niejednokrotnie przy tym narażać się na stres, niebezpieczeństwo.

Mogłam jechać tak: tramwaj à autobus i dom (35 min) a jechałam tak: autobus à metro à metro à tramwaj à tramwaj àauto stop  i dom (1h30min) (Plac Bankowy à Włochy) Geniusz Komunikacyjny. Jak nic – świat ze mną zdobywać.

Cała Ja

NieMatkaPolka

Share

Niematkapolka się oczyszcza

No dobra. Jako, że w tym roku przyszło mi przeżyć kolejny rok postanowiłam zrobić cos czego do tej pory tylko sobie wyobrażałam. Oczywiście mogłam pójść bardzo ambitnie rzucić pracę, spakować rodzinę wziąć plecak i wyruszyć w świat. Ktoś tam by przygarną piątkę. Mogłam rzucić się w wir ekstremalnych przeżyć w postaci skoku ze spadochronem, tańca na rurze w zbyt małych stringach ale nie…. Niematkapolka poszła dalej…. I po 35 latach postanowiła pierwszy raz pójść do kosmetyczki!

Byłam tak podniecona, że na wizytę stawiłam się już cały dzień wcześniej – no cóż, zdarza się, przecież to ja!. Kolejnego dnia wstrzeliłam się już poprawnie pełna nadziei że o to weszłam Kopciuszek wyjdę Księżniczka. Tiaaa.

Zaczyna się całkiem pięknie. Łagodna muzyka, zapachy w powietrzu, leżę na stole przykryta mięciutkim kocykiem a rozkosznie nazwany przez Panią czajnik paruje mi w twarz. Po tych kilku minutach kiedy moje pory zostały porządnie „naparowane” Pani delikatnie muska mnie i czyści dziwiąc się co i rusz, że jakże to ja tak nigdy i że tak niczego nie używam. O jaka to o jaka jestem. Przecież ona już swojemu kilkunastoletniemu synkowi cerę u siebie oczyszcza i pielęgnuje (hmm ja nawet nie wiem czy mój swoją twarz dobrze umyje). No ale nic. Jest przyjemnie. Nawilżanie, masowanie i nagle pada tajemnicze… to teraz czyścimy. Jak mnie nie zaczyna wyciskać, gnieść, przebijać, kłuć. Ludzie! Przecież ja to sobie sama przed lustrem mogę zrobić! Ja myślałam że tu czyszczenie jakieś takie inne, magiczne ale nie. Jedzie mi tymi paluchami i igłą. Moje pośladki troszkę się zmęczyły napinaniem (ale przynajmniej zaliczę mini fitness), postanowiły się wyluzować kiedy nagle po twarzy zaczęto traktować mnie prądem. Naprawdę? Ja sama sobie tak wymyśliłam? Bo mi się zachciało gładkiej cery?

W związku z tym, że ja taka zapuszczona Pani zaproponowała mi jakieś super algowe maseczki i „mrożenie” skóry czy jakoś tak. Mówię sobie – łaj not. No to wali mi zielone błoto na twarz. Plecy od tego leżenia mnie bolą. Po blisko 30 minutach nic nie robienia zaczynam świrować. W końcu dostaję dawką lodu po twarzy. Chwilami czuję jakbym się miała dusić i nie mogła złapać tchu i wtedy zajarzyłam że to miał być ten mały odczuwalny  dyskomfort.

Odchudzona o kilka kilogramów naskórka, brudnej warstwy, wągrów poczułam się jak nowe bejbi. Podchodzę do kasy i czuję się już  jak gołe bejbi. Właśnie wyobraziłam sobie moje nowe szpilki rozsmarowane na twarzy. Och jak to zabolało. Następnie popatrzyłam na lustro i stwierdziłam że chyba muszę wziąć urlop. Gdybym postawiła na szpilki nie musiałabym….

Jak kolejny raz zdecyduję się na coś nowego to idę na męski striptiz. Jak już mam stracić szpilki to wolę patrzeć jak się rozbierają niż czuć jak mi je wcierają w twarz.

Dobranoc

Oczyszczona Niematkapolka

Share

Wiatr w żaglach na początek

W dniu dzisiejszym po wielu tygodniach wręcz miesiącach poczułam że znowu łapię wiatr w żagle.

Natchniona nie wiadomo czym postanowiłam że w końcu po 1,5 roku ruszę ten mój zad i wybiegnę. Dzieci porzuciłam zatem, strój sportowy przywdziałam (taki wiecie nie różowy, nie jaskrawy, każdy element totalnie nie pasował do całej reszty, nie nałożyłam mejkapu no i of kors bez selfie  przed i po), i wyleciałam. Oczywiście sprzęt musiał być. GPS załączony, muzyczka leci i biegnę. I biegnę. I czuję że życie należy do mnie. W sumie cieszę się że ciemno już bo mijające mnie osoby przynajmniej nie mają wrażenia że mija ich „potrącony” przez los człowiek. I tak czuję że wszystko mogę, wiatr przemyka się pomiędzy moimi rozpuszczonymi i niesfornymi włosami dodając mi poczucie swobody i wolności. Wierzę, że mogę. I biegnę. Czuję jak zostawiam punkt startowy daleko ode mnie. Mięśnie całe drżą jakbym pół dzielnicy przeleciała a oddech nierówny zaczyna synchronizować się z rytmem muzyki w uszach. Mijam innych zziajanych, stać mnie jeszcze aby machnąć ręką w geście pozdrowieniowym (poczułam się taka przynależna do kolejnej grupy społecznej). I tak szczerzę te zęby z radości że kawał drogi za mną, że zaraz finał bo twarz pragnie przytulić się już do przeszkadzającego mi asfaltu, że wracam do życia choć padnięta i kroku kolejnego niepewna – a tu słyszę w słuchawkach…. 1 kilometers and 100 meters????? I słodkie me zapytanie się wyrywa WTF??? Wytłumaczenie jest jedno: musiałam złamać czasoprzestrzeń.

No to sobie NieMatkaPolka pobiegała….. ale jest git. Bo zarzekłam się że już w październiku pobiegnę 10 km i już nie odpuszczę. Bo kto głupiemu zabroni! Szczególnie jak czuje wiatr w żaglach.

Pozdrawiam wszystkich biegaczy i tych prawiebiegaczy i tych niebiegaczy ale myślących o bieganiu. Niech wiatr będzie z Wami wszytskimi

NieMatkaPolka

Share

Chwila pożegnania

W ostatnich tygodniach uczestniczyłam w dwóch pogrzebach. Nie były to bliskie mnie osoby – ale bliskie moich kolegów i koleżanek. Kiedy wkraczasz do kościoła –zdaje się, że Ciebie to nie dotyczy. Stoisz obok dramatu który rozgrywa się w duszach osób mniej więcej 2 metry od ołtarza i zastanawiasz się…. no właśnie, nad czym.

Pamiętam pierwsze pogrzeby z perspektywy dziecka. Ciało wyprowadzane jeszcze z domu (na wsi), rodzina, sąsiedzi, wyprowadzenie. Wszyscy angażują się, noszą kwiaty, wspominają lub odchodzą na bok by dyskretnie porozmawiać o „dupie maryni”. Jako dziecko przeżywasz te chwile lub nie – zależy co z tego wszystkiego rozumiesz. Niektórzy patrzą na bliskich zmarłego – czy są odpowiednio smutni, czy wystarczająco opłakują, czy dzielnie się trzymają. Przy niektórych jesteś twardy a przy innych nie jesteś w stanie powstrzymać łez.

Dziś wracały do mnie wspomnienia wszystkich osób które dane mi było pożegnać. Spojrzałam na matkę, która tuliła swoich dwóch synów nad grobem w którym właśnie miała spocząć najbliższa dla nich osoba. Przez tę jedną chwilę poza otaczającym ich tłumem byli sami dla siebie. Przez tę jedną chwilę poczułam ich ból i cierpienie. Tą jedną chwilą żegnałam wszystkich tych, których utraciłam w przeszłości – babcie, dziadków, ciocie, wujków, koleżanki, osoby stare i coraz młodsze, znajomych i nieznajomych. I to jest ta jedna chwila w której uświadomiłam sobie swoją małość i postawiłam siebie na ich miejscu. Ich dramat staje się na tę jedną chwilę i moim dramatem.

Tak, pogrzeb jest tym wydarzeniem podczas którego się zastanawiasz nad wszystkim. Potem się otrząsasz i wracasz do świata… pytanie tylko do jakiego i z jakimi dramatami.

 NieMatkaPolka

Share

Współżycie społeczne w pociągu ?

Jadąc pociągiem wczoraj z pracy, zanurzyłam się tradycyjnie najpierw w kuleczkach na telefoniczku a jak już mi wszystkie życia się skończyły, wyjęłam książkę z torebki.

Oczywiście nos mój zanurzony w czymkolwiek wyłączył mnie ze społeczeństwa. Nieoczekiwanie lekturę moją przerwał niesamowicie kichający Pan z tyłu wagonu. Może i rzekłabym mu „na zdrowie” jednak starałam się skoncentrować na lekcji umierania jaką właśnie przechodził bohater książki którą czytałam, i tak jakoś z tym zdrowiem mi się nie zgrało.

W związku z tym, że jak się okazało nie byłam osamotniona w nieżyczeniu nikomu niczego, życie społecznie nie rozwijało się w żaden sposób. Pan kichał dalej.

Pan kicha, karawana jedzie dalej.

Wtem trzech mężczyzn prawie jak w piosence SDM „o twrzach przeraźliwie trzeźwych” wstało i rzecze: to kichanie to tak na kielicha! Pan się broni: nie, nie – to kwestia złego stroju. Panowie: ale to smiało trzeba się wzmocnić. Zapraszamy – na drugą nogę bo inaczej nie przejdzie.

I co się wydarzyło? Pan właśnie zyskał trzech nowych przyjaciół którzy w całej szarości codziennego dnia podjęli próbę współżycia społecznego. Panowie we czterech jechali dalej już razem. Kichnięcia jakby zamierały.

Zamykając książkę w której wiele prawiło się o umieraniu tym fizycznym jak i duchowym – doszłam do wniosku, że w swojej anonimowości wielu z nas umarlo już dawno. Z amoku niekiedy wyrwie nas kichanie – tylko czy kogoś to obudzi?

NieMatkaPolka

Share

Potwór w pociągu

Jak to w komunikacji (tu: w pociągach) bywa – człowiek wraca w różnym towarzystwie i napotyka się na różne kultury – prawie, że bakterii. Dziś na przeciw mnie usiadły sobie dwie Panie. Po chwili zaczęły krytykować kobietę siedzącą kilka rzędów dalej, która rozmawiała przez telefon. Nawiązały do akcji o Potworach w pociągach – do których zaliczyły ów pasażerkę. Poczęły komentować fakt słyszenia niechcianych opowieści niekiedy dziwnej treści.

W miarę jak pociąg jechał, mijał tunele, stawał się coraz głośniejszy. Panie przerażone wizją niesłyszenia się wzajemnie poczęły konwersować nieco podwyższoną fonią. Jeszcze raz zauważyły że Potwór komórkowy jeszcze się nie rozłączył. I tak dzięki nim nie słyszałam tamtej Pani ale za to mogłam usłyszeć wydarzenia z ich pracy, historie z życia współpracowników, kilka opinii na ichże temat o których zakładam że oni nie chcieliby się dowiedzieć. Dobrze, że nie rzucały nazwiskami – niekiedy i to się zdarza. Zamknęłam książkę – zaczęłam się gubić w treści mieszając wizję z rzeczywistością. Miałam wrażenie że wokół życie zamarło. Większość (bez słuchawkowa) poddała się wewnętrznym rozważaniom o istocie wartości człowieka we współczesnym świecie 😉 na bazie treści zasłyszanych od prawie przekrzykujących się Pań.

I tak wysoko rozwinięty kulturowo krytyk Potworów stal się nim samym.

Ale tak to już z nami ludźmi chyba jest – łatwo wytykamy. Tylko nie siebie.

NieMatkaPolka

Share

Pan Król w akcji

Dziś tak sobie trochę powylewam.

Wpadasz do domu zmęczona po całym dniu pracy lub też po czymkolwiek co wprawiło Ciebie w ten stan. Jedyne o czym marzysz to opróżnić swój pęcherz który starasz się ujarzmić od ponad godziny – bo przecież zwyczajowo nie masz czasu się wysikać. Wita Cię tłum dzieci wieszających się na szyje dla  których wiesz, że za chwilę będziesz tylko Ty i będziesz ich życiem – bo na Twoje chwilowo nie znajdziesz czasu. Jeżeli nie masz dzieci i nadal się nie odsikałaś to może przywita Cię pies, kot, rybka, kanarek, bałagan który musisz JUŻ TERAZ ogarnąć – a już prawie leci po nogach. A na końcu stoi On……Pan Król.

Łaskawie podaruje Ci 5 min w twierdzy przemyśleń i wybitnych pomysłów. Ale Ty już wiesz, że musisz wyjść że Twój czas minął. A chodzący testosteron czeka. Nie ważne jak tam Twoje samopoczucie i okoliczności przyrody – ty już wiesz, że on wie i że choćby nie wiem co masz być zwarta i gotowa.

Przychodzi taki dzień, że schylanie nad wanną w celu umycia głowy staje się zbyt niebezpieczne – szczególnie jeżeli to robisz rano a Król już nie śpi. Generalnie mam wrażenie że Król nigdy nie śpi. Westchniesz przez sen – a On już myśli że go zachęcasz.

Leżysz nieprzytomna bo choroba Cię powala (ta prawdziwa – bo ze zwykłym przeziębieniem Tyś nadal Bogini) ale to nic. W sumie sytuacja bardzo korzystna – leżysz już gotowa, nie masz siły dyskutować, ruszać się nie musisz – Pan Król zrobi przecież wszystko.

Kiedy dopada cię największa porażka natury procesów jakie zachodzą w organizmie kobiety –  jeżeli popatrzymy z efekciarskiego punktu widzenia – nic nie szkodzi – przecież obdarowano Cię przeróżnymi otworami – z czego ten gębowy jest najbardziej pożądany.

No ileż można.??!!! A potem po 15 latach bycia razem dochodzisz do stanu kiedy po całym dniu tyrania, sprzątania, organizowania siadasz padnięta i zdajesz sobie sprawę, że Pan Król jeszcze nie wyru*any….

Powinni wypłacać nam szkodliwe… 😉

Good night girls

Share

Trudne czasy do wychowywania dzieci.

W kilku wpisach wspominałam że jestem dumną mamą trojga. Wiele osób komentuje – jaką to odważną decyzję podjęliśmy z mężem, że w dzisiejszych czasach mamy tyle dzieci (wiem, inni mają więcej) że przecież jest trudno i ciężko. A ja się zastanawiam nad jednym.. jakie to cholernie ciężkie czasy nas spotkały. Jest tak ciężko, nasze społeczeństwo jest tak biedne, dostęp do dóbr doczesnych tak ograniczony że myśl o jednym dziecku już paraliżuje. W sklepach brak towaru, mleka, pieluch, w domu miłości, wszędzie wokół patologia i przysłowiowa bida z nędzą, kolejki. Przecież muszę dzieci posłać do wszystkiego co płatne. Najlepsze ciuszeczki, zabaweczki, pokoiczek, wakacje, 100% czasu tylko dla jednego no i lekcje wszystkiego. No a przecież już nie daj Boże jak mam jedno i broń Boże drugie – to gorszy samochodzik mi grozi, mniej miejsca w mieszkaniu no i już z życiem swobodnym żegnamy się na zawsze.

Też tak czasami usiądę i pomyślę – kurdę przydałyby im się dodatkowe lekcje z tego i tamtego, kupiłabym sobie kilka nowych par butów, ubrań, pewnie pojechalibyśmy z mężem na dobre wakacje, nowym i fajnym samochodem. Pewnie jak miałabym jedno dziecię to status społeczny (ten finansowy oczywiście) podniósłby się o oczko. A tak mam status społeczny – ale ten dzieciaty. Matka Trojga.

Tak jest ciężej niż z jednym. Tak, trzeba więcej kasy wydać niż przy jednym. Tak, trzeba logistykę bardziej  ogarnąć. Tak, trzeba indywidualnie odczytać potrzeby u każdego.

Tak, trzeba wychować. Tak, trzeba wpoić wartości i szacunek do drugiego człowieka. Tak, trzeba kochać – bez względu na ilość. I to jest trudne – nie czasy.

Share