Wszystkie wpisy, których autorem jest Niematkapolka

NieMatkiPolki (dzieci) pierwszy raz na obozie cz2

Po tym jak już postanowiłam moje dzieci uwolnić z matczynych uścisków i pozwolić im na rozwój swojej osoby na pierwszym obozie – każdego dnia odczuwałam wychowawczy zawał serca.

Pierwszy przyszedł całkiem szybko.

ZAWAŁ 1 – dryń dryń (21.30 – dzwonię ja) Głos w słuchawce: „Dzień Dobry, chłopaki nie wrócili jeszcze z kajaków”. Moje myśli wyglądały tak ?????!!!!!!%&^*(&^$#@$%^YUII!!!!!!!??????? Przecież jest ciemno, oni nie są dobrymi pływakami.

ZAWAŁ 2 – dzień po kajakach. „Mamo, mamo – byliśmy na kajakach, było już ciemno i poprosiłem pana czy mogę wskoczyć do jeziora i sprawdzić czy te kamizelki rzeczywiście działają. Widziałem brzeg. Tylko zapomniałem klapki w kajaku zostawić i jak płynąłem to bałem się że zgubię”. Kiedy już mnie odetkało zdążyłam już usłyszeć tylko Dobranoc

ZAWAŁ 3 – „Mamo – usłyszymy się dopiero jutro po południu – wypływamy na wyspę na 24h i tam będziemy mieli survival i nocowanie w śpiworach. Pa.

ZAWAŁ 4 – Syn nr1”Mamo, mieliśmy przeprawę przez bagna. Zgubiłem buta i połowę trasy przeszedłem na boso. Nie mówiłem nic Pani bo nie chciałem spowalniać grupy. Trochę się pokłułem”; Syn nr 2 „Mamo utknąłem do pasa w bagnie  i nie mogłem wyjść. Ale kazali mi walczyć do końca”

ZAWAŁ 5 – rozmawiam z jednym synem słyszę w tle KU**a. Oburzona uniosłam się i pytam kto to jest taki i siaki – okazuje się że to moja własna krew. Wołam winowajcę i edukuję po czym słyszę w tle – zamknijcie mordy!! (Boże co tam się dzieje?) i stwierdzam że to chyba nie ma sensu, rozwijamy się kulturowo.

ZAWAŁ 6 – Mamo miałem dwa kleszcze – ale Pani mi wyciągnęła – pod pachą i na „klejnotach”

Odliczałam dni kiedy będą mogła przestać się domyślać co przeżywają, co czują i czy potrafią prosić o pomoc.  Tu zawał a przez słuchawkę jestem typ dzielnej mamy która nie daje po sobie poznać przerażenia

Aż w końcu: Mamo, wiem już co znaczy zwalić sobie konia.  Po umysłowej reanimacji odpowiedziałam, że jakby miał dodatkowe pytanie to tata chętnie z nim o tym pogada. Nastąpił ZAWAŁ OSTATECZNY…..Pojechali chłopcy, wrócili mężczyźni.

Dumna NieMatkaPolka

Share

NieMatkiPolki (dzieci) dzień pierwszy na obozie cz1

Wydarzyło się. Moi Chłopcy wyjechali na obóz. Swój pierwszy w życiu. Nie wiem kto bardziej był podekscytowany, Ja – czy Oni.

Ekscytacja wyjazdem trwała długo….aż do 1 dnia. Jako, że sprawiamy wrażenie rodziców troszczących się o nasze dzieci postanowiliśmy odwieźć ich na miejsce (tak wiem, szczyt nadopiekuńczości – ale poradzimy sobie  z tym następnym razem). Cudowna okolica: las, jezioro, pomost łódki, kajaki. Stołówka, łazienki, „kawiarnia” zębem czasu nawet nie tknięta (czyt. PRL jak żywy) – od razu przypomniały mi się moje kolonie. Będzie dobrze. Dadzą sobie radę.

Wchodzimy do domku. Można rzec że 1:0 dla nadopiekuńczych rodziców. Domek 7 osobowy. Stoczyliśmy walkę z chłopcami żeby spali na dole – bo na górę prowadzą strome schody (że będą spadać, łamać nogi itd.), nie ma powietrza, szaf, do łazienki każdorazowo trzeba schodzić. Oni, że na górze jest fajnie i blablabla. Ale fajność przegrała z rozsądkiem. Śpią na dole. Przyjeżdżają kolejne matki z synami. Wzrok ich przegranej pozycji wyjściowej bezcenny. One wiedziały że dół jest lepszy ale już zajęty. Ledwo wtargały walizkę na górę. Przyjechały kolejne dzieci – autokarowe. Ucieszone bo została im góra (już nie mieli przy sobie rodziców którzy by wytknęli wady). Walizy wnieśli tatusiowie innych dzieci – inaczej przegrałyby operacyjnie – to tylko utwierdziło nas w przekonaniu jak to cudownie żeśmy tacy troskliwi i ich przywieźli. Przecież biedaczyska by sobie nie poradziły (czyli wybrałyby fajniejsze dla nich miejsce do spania i musieliby innych poprosić o pomoc)

Dzieci poprosiły o jedno …żebyśmy już wyszli. A brzmiało to mniej więcej tak: „Mamo, tato, wyjdźcie z domku i policzcie do 10”. Profilaktycznie się pożegnaliśmy. Drzwi zamknęli. Od wewnątrz.

Koniec ekscytacji. Dzieciaki mogą liczyć już tylko na siebie. Tylko czy ja jestem gotowa? Poczekam na pierwszy zawał…..

Przyznam, że do tej pory patrzyłam ze skrzywieniem na nadskakujące mamuśki wokół dzieciaków które chciały po prostu już samodzielnie oddychać. Tymczasem w moim sercu i duszy czułam jak niewidzialne ramiona wyrywały się w ich stronę jakby chciały bronić przed nadchodzącym zagrożeniem. Udawałam wielką  luzarę, cool mamę żeby nie narobić dzieciom „obciachu” – przecież to już duże chłopaki.  Zanim wsiadłam do auta już tęskniłam. Wiem,  głupia jestem. Ale to mój pierwszy raz. Następnym razem odprowadzam ich tylko do autokaru.  Mamuśki – głowy do góry. To dobre uczucia i dobre emocje – tylko niech nas nie pokonają.

NieMatkaPolka

Share

NieMatkiPolki czas bez dzieci

No i stało się. NieMatkaPolka została bez dzieci. Wrzask radości słyszały tylko moje uszy gdyż myśli obijały się wewnątrz czaszki w strachu że wypowiedziane na głos zapeszą i się nie dokona.

I już widziałam jak chodzę  na piwo ze znajomym, do kina z mężem, nago po mieszkaniu, do fryzjera (już ubrana), kosmetyczki, maluję ściany w pokojach dzieci, sprzątam, . Generalnie – Moje 5 minut.

No i co ? Gówno.

Jedyne co udało mi się zrobić do zawiesić się na pilocie. Już wiem jak pozbyć się cellulitu, nadwagi, depresji, pryszczy, siwych włosów, zmarszczek, wybielić zęby, rzucić palenie, zabić ból, bakterie i zarazki, jakich prezerwatyw użyć, zwalczyć infekcje wiem również jak powstała pierwsza sauna lodowa w Afryce. I ze najpierw był prażubr. To dziwne że z całą tą wiedzą ludzkość ma jeszcze jakieś problemy.

Z jedzeniem też nie najlepiej. Zdążyłam zaprzyjaźnić się z Żabką. Kolacja marzenie – hot-dogi, zapiekanki, kanapki na ciepło. Aczkolwiek dzisiaj wspięłam się na wyżyny i zrobiłam sobie coś sama.

Klęska. Okazuje się że bez dzieci nie jestem w stanie funkcjonować i tyle w temacie. A Kazik śpiewał coś innego. Buuuu

A jak Wasza wolność wakacyjna?

Share

Raz Dwa Trzy – kim jesteś Ty

Ostatnio przeczytałam jakiś post o osobliwościach jakie możemy napotkać na placach zabaw. Może kiedyś napiszę o własnych spostrzeżeniach – mam wrażenie że od dwunastu lat moim miejscem życia są place zabaw i inne powierzchnie wspólne gdzie średnia wieku to 8 lat. Najmłodsze jeszcze śpią w wózkach a najstarsze niestety przysypiają na ławkach

Ale że człowiek jest zwierzęciem stadnym to właściwie w każdym miejscu można dokonać subiektywnej analizy funkcjonowania w społeczeństwie. Zatem do dzieła. Dziś skupię się na środowisku pracy.

Jestem tzw. korpoludkiem, lemingiem – zwijcie jak chcecie – różnie w sieci rzeczy można wyczytać. Już 15 lat Matka korporacja mnie wychowuje, edukuje i karmi. Wszystkie te lata niosą ze sobą niesamowicie pozytywne doświadczenia jak i te o których wolałabym zapomnieć – nie mniej każde czegoś uczą i maja wpływ na mnie „teraz” – ale o tym innym razem.

Ludzie. Chcąc nie chcąc w pracy z nimi przebywasz a czasami nawet jamę ustną w ich stronę otworzyć musisz, choćby po to aby zapytać czy ktoś stoi w kolejce do robienia kawy. Bez względu jednak na to czy jesteś w kuchni na kawie/obiedzie/śniadaniu  czy na spotkaniu napotykasz różne osobliwości.

Zacznę od tych Ważnych. Osoby Ważne to te, które swą ważność nabywają wraz ze stanowiskiem czy odpowiedzialnościami wynikającymi z zawarcia małżeństwa. Zazwyczaj każą się dawać w „CC” maila a w przypadku występujących problemów zrobić do nich „forward” a Oni już popchną sprawę dalej. Oczywiście osoba Ważna stawia siebie jako istotny element w procesach akceptacji a kiedy ma tego już za dużo – procesu nie zmienia tylko deleguje na innych gdyż oni wg Ważnego z pewnością mają więcej  czasu na napisanie w mailu słowa „ok”,  „zgoda” lub bardziej elokwentnie (tudzież wymagające więcej poświęcenia) „akceptuję”. Ważny w kuchni jest zawsze inny niż Ważny na spotkaniach. Przybiera zazwyczaj formę przyjazną, „cool frenda” który zapyta Cię co robisz w weekend, o jaki jestem zmęczony lub zada otwarte pytanie „co tam u Ciebie”? Czyli tzw. gadki szmatki – poprawne politycznie ale masujące atmosferę i mimo wszystko budujące korporacyjne relacje. Zazwyczaj przybiera barwy oficjalne a marynarę zrzuca tylko w piątki.

Gwiazdy – nie wiem czy podziwiać czy przed nimi się chować. Typ gwiazdy jest zawsze cool. Żarciki na spotkaniach, żarciki bez spotkań. Często takie z których śmieje się tylko owa Gwiazda. Można nie wiedzieć czym się zajmuję i w jakim jest dziale ale na każdym piętrze ją znają. Z każdym się przywita, powie cześć, zagada w różnej tematyce. Z czasem okazuje się że jest szeroko zorientowana, do kogo z czym uderzyć i zdaje się być jedyną osobą która coś potrafi załatwić. Jej się wydaje że wszyscy ją lubią a innym się wydaje że siebie chyba lubi najbardziej. Oczywiście każda ze stron się myli . Na spotkaniach zawsze ma coś do powiedzenia a kiedy wpadnie na fajny pomysł z możliwością jego realizacji – to koniec. Będzie tym żyła jeszcze wiele miesięcy aż do kolejnego pomysłu. Co wytwarza efekt „niekończącego się pasma sukcesów”. Rozpoznasz ją po pewności siebie, wietrze we włosach, komarach w zębach i takie tam. James Bond na miarę polskich możliwości i Paris Hilton  wśród ludności zwykłej.

Profesor – tak są też tacy. Niewiele mówią, obserwują i analizują wszystko co się da. Osoby te chcą kontrolować wszystko. Informacje przygotowane przez innych podlegają kilkakrotnej weryfikacji lub traktowane są z dystansem – gdyż tylko Profesor potrafi przygotować rzetelne dane i tylko dorobkowi swemu Profesor zaufa. Buduje wokół siebie aurę niezastępowalności bo tylko na jego informacjach można polegać. Oczywiście wszystkie jego opinie są słuszne i właściwe,  a jeżeli powiesz „A”  to wiedz, że on doda do tego swoje B.  Jeżeli milczy oznacza jeno że albo z takim głupkiem jak ty nie będzie kontynuował konwersacji lub też, że aktualna praca jego wznosi się ponad poziomy potrzeb Twoich. Nie zabiega o znajomości i przyjaciół ale też raczej nie utrzymuje już zdobytych jeżeli otoczenie się zmienia. Wyglądowo nie rzuca się w oczy – strój stonowany zwykły, napotykane koszule, sweterki w serek. Piątek nie stanowi różnicy.

A kto to – osoby aktoto – to postacie na które patrzysz jak w stanie upojenia alkoholowego. Patrzysz, patrzysz i nadal nie kojarzysz. Dla bezpieczeństwa mówimy cześć bo w sumie nie wiesz czy pomylił piętra, czy tu pracuje czy gość? – odpowiedź jak masz szczęście to usłyszysz. Czyli niby twarz znana ale z niczym jej nie powiążesz – oczywiście jak zapytasz Gwiazdy to Ci podpowie. Najczęściej przy informacji o odejściu z pracy czy zwolnieniu (a niech mu będzie – awansu) pytamy – A kto to?

Głuchy telefon – jeżeli znasz taką osobę to dobrze i źle. Dobrze bo może trafi Ci się wieść z podziemia z cyklu TOP SIKRET ale z drugiej strony nie masz pewności czy Twoje myśli pozostaną Twoje. Nigdy nie powie co jest źródłem informacji nigdy też nie wiesz jak daleko sięga. Uważa że wie wszystko na „odkryty” temat na zasadzie „tata, a Marcin powiedział..” oczywiście poczucie złudne ale co tam głuchego telefonu nie przekonasz że początek mógł być inny. Głuch telefon powie że coś wie ale nie powie. Ale już wie i to tajemnica i coś istotnego i taj będzie się tym upajać.  Oczywiście porażająca duma nie pozwala zachować milczenia że coś wiedziała wcześniej niż. Rozpoznasz ją po luźnych i teoretycznie niegroźnych pytaniach, niekiedy seryjnie zadawanych w twą stronę. Jak wyczuje że coś z Ciebie wyciągnie – koniec.

Sympatyczna – do wszystkich się uśmiecha, z każdym porozmawia, nikomu nie wadzi, nie wtrąca się, nie wywyższa, doradzi, pomoże. Taki ideał który prawie nie istniej. Ale zdarza się. Nie wchodzi w układy i konflikty. Jak coś jej nie pasuje to stara się załatwić to dyskretnie i aby broń Boże nie urazić.  Oczywiście wszystko to widzimy na zewnątrz. W związku z tym, że robot to nie jest, poziom sympatii nie jest doładowywany bateryjkami jak słodkie króliczki z reklamy. Jak się wyleje to już konkretnie i jednorazowo. Ale że jest sympatyczna i powszechnie lubiano-neutralna wybaczamy.

Maruda – już po kilku dniach wysiadasz. Przy kolejnej symfonii narzekań masz ochotę wstać wziąć klawiaturę komputerową i porównać z tą szczękową. Na początku jeszcze konwersujesz potem po prostu milczysz. No ale jak włączy się katarynka… zwykle stosujemy stopery lub muzykę w słuchawkach. W kuchni starasz się nie wchodzić drogę a już z pewnością nie zadawać pytania –Co u Ciebie słychać. To już czysty strzał w kolano. Własne oczywiście.

Uprzejmie donoszę – to prawdziwy kameleon. Potrafi przybrać barwy każdego przyjaciela jaki jest Ci potrzebny w danej chwili. Wysłucha, pouśmiecha się a w przypadku Twojego błędu wykaże nawet zrozumienie. I to wszystko. Potem tylko poczujesz nóż wbijany w plecy. Sprytny donosiciel się nie ujawni, ten początkujący może jeszcze niechcący wysłać maila. A na końcu poklepie Cię po plecach z „nie martw się” „jakoś to załatwimy”

I na koniec mamy Lolę. Taka najpiękniejsza w całej wsi. Dużo mówi – niekoniecznie na temat, w pracy ogranicza się do własnych zadań i nic więcej. Jej zadaniem głównym jest pozostawić swoją woń w obszarach płci przeciwnej. Kiedy przechodzi korytarzem można śmiało zaśpiewać za Kazikiem: „…kiedy idziesz korytarzem chłopaki w milczeniu. Oni patrzą na Ciebie lecz nigdy Tobie w oczy oprócz mnie jednego najbardziej nagrzanego. Ach Spalam się” tatataram tudu. Dodam jedynie że Lola występuje zarówno w płci żeńskiej jak i męskiej.

Oczywiście świat nie jest jednolity i człowiek również nie. Trafiają się mixy, np.  Profesor z Aktoto, Sympatyczna z Uprzejmie donoszę, Gwiazda z Lolą itd. Jeżeli spotkasz mix wszystkiego – uważaj, to musi być Terminator, pewnie T1000. Są jeszcze kreatywni, olewacze, matki, wujcie Dobra Rada i inni. Ilu ludzi tym więcej typów. Dnia by nie starczyło aby wszystkich opisać. Najważniejsze jednak jest zbudowanie świadomości że te wszystkie typy budują społeczność i dopełniają się wzajemnie. Nie może być grupy gdzie będą tylko Sympatyczni czy Profesorowie i Gwiazdy. Im bardziej urozmaicona grupa tym większe prawdopodobieństwo przetrwania. Należy tylko dobrze zidentyfikować i współżyć. Ważny może Cię pokierować , Gwiazda pociągnąć za sobą i dodać odwagi, Profesor popatrzeć z dystansu i spojrzeć na sprawy inaczej, Sympatyczna rozładować atmosferę, Maruda nakierować na pomysł i rozwiązanie, Aktoto pokazać że praca to nie wszystko i energię życiową można skierować gdzie indziej, Uprzejmie Donoszę wyostrzy uwagę a Lola no cóż…może Ci się coś trafi 😉 przynajmniej miło popatrzeć i pożartować.

Może być i tak, że Ważny Cię zdołuje, Gwiazda zgasi, Profesor wytknie błędy i zdemotywuje, Sympatyczna – bez zmian, Maruda zatruje, Aktoto- hmm nadal nie wiemy kim jest, Uprzejmie donoszę zdradzi a Lola wprawi w kompleksy

Jak na to spojrzysz i jak podejdziesz do grupy ostatecznie zależy od Ciebie i od tego jakim  człowiekiem jesteś i jakimi zasadami w życiu się kierujesz. Grupa to ludzie, firma to ludzie.

A jaka jestem ja? Z pewnością mieszanką. I jeżeli czytają to moi znajomi to pewnie już mnie gdzieś „zaszufladkowali” J

Czerpmy od innych i dawajmy innym od siebie. Tyle w temacie

NieMatkaPolka

Share

Trzeci cycek I ja :)

Jako że lato blisko i potrzeba negliżu rośnie – postanowiłam ujędrnić swój nieco po trzyciążowy brzuch (czytaj: duży nie jest ale wszystko wisi). Znalazłam na popularnym kanale youtube jakieś tam ćwiczonka zwane turbo. Myślę sobie – dobra, jedziem laska co tam 20 min skakania, zobaczymy o co w tym wszystkim chodzi.

Zamknęłam się dyskretnie w kuchni – ażeby spokojnej atmosfery domowej nie zagęszczać. W związku z tym, że wieczór za oknem – odbicie w szybie perfekcyjnie zastąpiło lustro a nawet śmiem twierdzić, że było jeszcze lepsze gdyż szczegółów sforsowanej życiem twarzy nie ukazywało a ogólny pogląd pozostał. Strzałka play.

Pan lektor spokojnie tłumaczy co się będzie ze mną działo. Szczęśliwie podczas ćwiczeń nie mówił zbyt wiele co nie wywoływało we mnie irytacji. Jego słowa – zostało Ci już tylko 1 min rundy 1 – ratowały mnie w chwili kiedy język mój już sięgał podłogi a wymiana powietrza w moim organizmie napotkała pierwsze przeszkody.

Runda 2 – jedziem laska. W połowie mówię do siebie – w dupie mam to. Nie dam rady, kończę. Jakieś krokodylki sobie wymyślili. Mąż z pokoju obok prosi abym spinała się trochę ciszej, dzieci dopytują – co się dzieje mamie i czemuż tak z kuchni stęka (a tata w innym pokoju 😉 ) . Tak myślę może już poleżę, aż nagle patrzę w okienko. Nie dowierzam kiedy podczas wykonywania kolejnych pajacyków wzrok mój dostrzega fałd brzuszny który niczym bojka na wodzie unosi się wraz niesioną go falą. Góra – dół, góra – dół. Boże – przecież to jak trzeci poziomy cycek (tudzież pierś – dla tych którzy wolą treść na wyższym poziomie ale podczas wyczerpujących ćwiczeń tylko cycek przyszedł mi do głowy). I faluje, i faluje, jeszcze chwilę i szczękę mógłby rozwalić. I mówię – o nie. To tak to wygląda? (i tu oczami wyobraźni zastanawiam się jaki widok mężowi memu objawia się podczas innego rodzaju aktywności fizycznych).  I dzięki temu dojechałam do końca, mój trzeci cycek pomógł mi dotrwać. Pani na filmiku oczywiście takiego nie ma, jest płaska i sprężysta.

Oczywiście ćwiczyłam tydzień temu i tylko raz  🙂 W końcu który facet może miec żonę z trzema cyckami 😛

Jak tylko zacznę wykonywać coś regularnie dam Wam znać. Póki co jedyne co wykonuję regularnie to ćwiczenia na pośladki – leżę i spinam. Nie na darmo mówi się: spiąć pośladki I do przodu.  Jak się wyrobią to opatentuję i zrobię konkurencję różnym stronkom.

NieMatkaPolka

Share

Mantra na dobranoc

Już będąc małą dziewczynką jak mantra słyszałam: „Ty się dziecko ucz. Musisz iść na studia, wyjechać do większego miasta”; pamiętam bardzo dobrze i to „najpierw studia potem chłopcy”. A było jeszcze: „chociaż Ty…”, „poznaj świat, podróżuj..”, „nie daj sie uwiązać szybko mężem i dziećmi..” i takie tam.

Jako podlotek oczywiście rozumienie znaczenia słów – żadne. Jednak im dalej w las tym większa presja. Oczywiście z przestrzeganiem zasad ciężko. Teoria teorią ale serce z lodu nie jest. I wyrosło ze mnie dziewczę które kochało od zawsze dzieci – i jak tu ich nie mieć, które czuło się bezpiecznie z kimś bliskim – i jak tu się nie wiązać, które się uwiązało – i jak tu podróżować?

Wychowując moje dzieci zastanawiam się – w jaki sposób zachęcać je do poznawania siebie i świata. Z jednej strony chcąc aby nie osiadły na mieliźnie a zdrugiej strony zgadując co dla nich może być mielizną? I z jaką mądrością życiową wypuścić w świat.

Jako dorosła doskonale rozumiem co chciano mi przekazać, tylko teraz zastanawiam się czy to że żyję jak żyję jest moim osiągnięciem czy czyjąś porażką. Z drugiej strony mogłabym odnieść czyjś sukces ale odnieść własną porażkę.

Jednak to co najważniejsze myślę że przetrwało ze mną a o czym również słyszałam będąc dzieckiem:

„Postępuj w życiu tak aby inni przez Ciebie nie płakali” oraz „szanuj drugiego człowieka – nigdy nie wiesz co w życiu może Ciebie spotkać”. Nie jest łatwo ale bardziej uczy jak być człowiekiem

Pamiętajcie, że wychowanie dzieci to nie tylko wysłanie ich do super szkół, na dziesiątki zajęć czy puszczanie „samopas” na samodzielne poznanie życia, włączenie bajki niech sobie ogląda, nawrzeszczenie po nieudanej klasówce, przepisywanie zeszytów bo bazgroli czy pozostawienie samemu gdy odnosi sukces/porażkę. Wychowaniem jest również pokazanie wartości człowieka, miłości i podarowanie Waszego czasu.

A Wy jaką mantrę stosujecie ?

river

NIeMatkaPolka

 

Share

Mojżesz naszych czasów w komunikacji (?)

Widziałam pewnego Pana dwa razy w trakcie moich podróży do pracy. Wsiadał na Zachodnim i spokojnie kierował się ze swoimi bagażami ku Wschodniemu. I nic nie byłoby w tym niezwykłego gdyby nie fakt że ludność przed nim wręcz się rozstępowała. Można by rzec Mojżesz naszych czasów 😉

Człowiek ów nim wsiadł do wagonu wywołał już wśród pasażerów niemałe zamieszanie. Widziałam chyżo kroczących do innej części pociągu. Młodsi nie udawali i na twarzach było widać panikę, strach, zniesmaczenie. Tuż za nimi nieco starsze Panie – wcześniej zmęczone szukające miejsc siedzących, gotowe przyłożyć laską – teraz żwawo niczym nimfy wodne nad szemrzącym strumykiem pomykały „czym dalej tym lepiej”. Część osób w garniturach przybrały pokerowe miny i niby nigdy nic poszły myśląc że nikt nie zauważy i nie pomyśli że przemieszczają się przez owego mężczyznę (że niby tak dobrze wychowani i nie wykazujący uprzedzeń).

Zaniepokojona wraz ze znajomą obserwujemy te pospolite ruszenie.  O co kaman? Nagle drzwi otwierają się. Czekamy na rozwój wydarzeń. Najpierw wchodzi jeden worek, potem kolejny i tak trzeci, czwarty. Tuż za workami i torbą rodem ze stadionu 1000-lecia (plastik w kratę) wyłania się postać wielkiego Pana. Pan mozolnym i ciężkim krokiem pokonuje schody prowadzące do składu. Na nogach charakterystyczne worki na śmieci zamiast butów – obwiązane sznurkiem, ten sam sznurek podtrzymuje spodnie. Niewiadomo czy Pan taki wielki czy tyle ubrań w zapasie ma na sobie.  Twarzy też na próżno szukać – zarośnięta wszystkim co możliwe, łącznie z brudem. Poza tym spuszczona w dół. Tu z pewnością nie ma co szukać pewności siebie.

Patrzymy na siebie ze znajomą i czekamy. Napięcie na twarzach nie tylko naszych…wyczekiwanie…cisza… tylko najwytrwalsi pozostali na swoich stanowiskach. Wszyscy czekamy aż zjawisko dyfuzji zadzieje się w środowisku naturalnym człowieka. Prawie jak na kolejce górskiej kiedy trzymasz się rękoma za oparcia, wstrzymujesz oddech bo nie wiesz co Ciebie czeka za następnym zakrętem. I stało się. Dochodzi również do Mnie – i nie są to olejki z wyniesione ze SPA. Dużo mówiący wzrok współpasażerów powoduje że czujesz się mistrzem telepatii, znajdujesz nić porozumienia z obcymi i już wiesz, że dzisiaj nie jesteś sam, że kawa poranna nie jest już Ci do niczego potrzebna. Jednak twardo siedzimy. Za chwilę nasz przystanek. Pozostała nas tylko garstka.

I może Pan mógłby być jak Mojżesz – rozstąpiło się przed nim morze ludzi. Problem tylko w tym, że nikogo za sobą już nie poprowadził.

Potem spotkałam go jeszcze raz. Wagon również opustoszał nim Pan zdążył rozgościć  się ze swoim dobrobytem. Podobno często można go spotkać na tej trasie w porannych godzinach. Jednak nie o sytuacji ludzi prawdopodobnie bezdomnych chciałam tu pisać – zbyt mało o nich wiem aby wymądrzać się i stawiać tezy utwierdzające mnie w znakomitości mej psychoanalizy na podstawie narysowanego obrazka.

Myślę, że wiele osób podróżujących komunikacją miejską spotyka takich „Mojżeszów” i stara się dyskretnie odsunąć lub nie poznać po sobie, że jednak zmysł węchu nie jest mu obcy. Część osób w myślach zapewne wyraża wielce oburzenie – na szczęście za myśli nie trzeba się tłumaczyć, część szepnie coś znajomemu do ucha. Tylko nieliczni rzucą wzrok pogardy dla być może ludzkiego upadku. Ale faktem jest że prędzej to pozostali wysiądą i zmienią środek lokomocji niż kogoś z niego „wyproszą” (podobno teraz jest taka możliwość) podejrzewam że nawet kontroler nie ma odwagi zapytać o bilet. I tak przyszło mi do głowy odnieść to do sytuacji życiowej: ileż to ludzi rozsiewa smród wokół siebie – ale nie ten fizyczny tylko ten duchowy. I jak wielu z nas nie powie nic tylko odsuwa się lub udaje że nic nie zauważa, chociaż strefa dyskomfortu dawno przekroczona. Ilu z nas nie ma odwagi (dlaczego?)  wyrzucić ze swojego życia osób które sprawiają że wagon pustoszeje i dalej za nimi nie ma nic… Czy tak chcemy być wszyscy cholernie poprawni, uprzejmi, kulturalni i wychowani że pozwalamy aby w pewnym momencie ktoś po prostu wszedł z tobołami w nasze życie i albo ostatecznie udajemy (gwarantuję że krótkotrwałe rozwiązanie) , usuwamy się a ostatecznie zmieniamy trasę.

Tyle tylko, że ów Pan roztaczający woń fizyczną wsiądzie/wysiądzie poza tym łatwiej zmienić wagon (aczkolwiek zapadnie w pamięć) i rozum podpowiada nam, że za chwilę to się skończy i należy dać każdemu szansę i przeczekać.  Czy jednak w życiu zdążymy zauważyć  kiedy ta krótka chwila powinna się skończyć, czy szansa którą daliśmy właśnie traci rację bytu…..

Pozostaje mi jedynie życzyć Wam samych pięknych zapachów i ludzi (uwaga: przed nami lato)

Share

Zdrowie na onkologii (?)

Postanowiłam wrócić kawałek do mojej przeszłości. W sumie niedalekiej – tylko rocznej.  Nie wnikając w szczegóły (może innym razem) dane mi było wylądować w korytarzu prowadzącym do pomieszczeń w których przeprowadza się radioterapię.

W pierwszych dniach oczekiwania na zabiegi poza powiedzeniem „Dzień Dobry” pozostałym chorym skupiałam się głównie na muzyce w moich uszach, przychodzących mailach (wyskakiwałam na naświetlania w trakcie pracy) , czytaniu. Chcąc nie chcąc dolatywały do mnie historie niektórych pacjentów – rodzaj choroby, historia leczenia, obawy itp. Celowo nie włączałam się do rozmów, chociaż dnia na dzień było trudniej gdyż co dzień spotykałam tych samych ludzi, którzy zaczęli stawać się częścią mojej historii. Większość z nich przychodziła z kimś: dziećmi, mężem, żoną, rodzicami. Milczałam nie dlatego że taki ze mnie gbur i samotnik – wręcz przeciwnie. Milczałam gdyż mój przypadek była naprawdę dobry. Rak wycięty – należało go tylko przez 20 dni dobić. Tak dla pewności. Słuchając innych wiedziałam, że jestem tylko lekkim przypadkiem. Dokładając mojego pozytywnego ducha, luźne nastawienie (powinnam być umartwiona, załamana z depresyjnym wyrazem twarzy) i jeszcze aktywnie pracowałam – nie pasowałam tutaj. Bo w swym nieszczęściu byłam szczęśliwa. Jednak po trzech tygodniach już nie można było już stać z boku. Tylko ja  jeszcze nie dzieliła się swoim przypadkiem. I nagle padło to pytanie: „A Pani? Czy Pani również ma chemię? Ciężko Pani?” I widzę te zatroskane oczy wpatrzone na mnie, niektóre pełne bólu, inne już przygotowały się do obdarzenia mnie swoim współczuciem i czekają. Czekają jakim cierpieniem się z nimi podzielę. Zaczynam zatem „bardzo dobrze,  wycięto raka w całości, szczęśliwie mam tylko radio i czuję się dobrze.  Mogę chodzić do pracy itd…” Cisza. Widzę uśmiechające się twarze próbujące pokazać mi jak cieszą się ze mną. Ale w oczach rozczarowanie i żałość. Wielu z nich przeżywało swoją tragedię i ból. A ja? A ja kończyłam już z moją. Patrzę na nich i poczułam że chyba ranię ich moim „zdrowiem”. Szybko dodałam: „ale mam kolejne powiększone węzły chłonne – całe 9 dwucentymetrowych kulek na obojczyku i szyi – także kolejne badania”. I już głowy kiwają w akcie zrozumienia i aprobaty. Przygotowane miny współczucia mogły zostać efektywnie wykorzystane bo przecież te węzły dawały im znak, nadzieję (?) że może ja też jeszcze będę miała tak źle jak oni. Teraz jednak żałuję.

Z całego leczenia to była jedna z trudniejszych chwil. Chwila w której patrzysz człowiekowi w oczy i nie masz odwagi przelać na niego swojej radości. W której Twoja radość może być czyimś bólem. Chwila w której dodajesz sobie choroby aby ktoś inny poczuł się lepiej.  Pamiętam większość tych twarzy do dzisiaj. Mam nadzieję, że nie muszą ukrywać swej radości i mogą odważnie powiedzieć światu tak ja  teraz, że są zdrowi.

Sytuacje bywają trudne,  życie jest trudnie, kontakt z drugim człowiekiem bywa trudny. Miejcie jednak odwagę mówić szczerze o sobie. Dla nikogo się nie udoskonalajcie ani nie uśmiercajcie. Możliwe że inni potrzebują właśnie Waszej szczerości nawet jeżeli na początku może sprawić ból. W ostateczności jednak niekiedy może nieść nadzieję.

Nadziei – dla wszystkich. Podobno umiera ostatnia.

Share

Ku czemu nam ten sąsiad

Sąsiad(ka) – persona zamieszkująca w okolicach twej posiadłości. O życiu wielu z nich nie masz kompletnego pojęcia. Oni o Twoim z pewnością też nie. W wielu miastach gdzie wynajmujących dany blok jest więcej niż stałych mieszkańców nawet proste słowo „Dzień dobry” staje w gardle. Bo po co.

A  no właśnie. Po co nam CI sąsiedzi. Jedni są wścibscy, inni wiecznie imprezują, kolejni są najmądrzejsi w „całej wsi”, a jeszcze inni myślą tylko jak tu można wykorzystać znajomość z Tobą. Zdarzają się też tacy co potrafią wbić przysłowiowy nóż w plecy. Oczywiście oceniasz powierzchownie bo przecież tak naprawdę ich nie znasz. Oczywiście nie zastanawiasz się jakim sąsiadem jesteś Ty: czy tym wścibskim, nadętym, przemądrzałym, gburem, milczkiem, wyalienowanym, miłym do wyrzygania, fałszywym, wymarzonym. Sąsiad może być różny. Zatem – czy warto ryzykować i mieć sąsiada – a może raczej należy dopuścić myśl – że można go mieć?

Ja od ponad 6 lat na nowo odkrywam po co mieć sąsiada. Mieszkam w bloku który liczy niewiele ponad 50 mieszkań. O życiu osiedlowy można by stworzyć oddzielnego bloga… aż sama sobie zazdroszczę że tu mieszkam. Tu ochrzczono mnie mianem „MatkaPolka” (ze względu na 3 dzieci). To dzięki moim sąsiadom wiele zrobiłam. Dzięki  Michałowi przebiegłam moje pierwsze 10 km i kolejne i kolejne…. – bo Michał dużo biegał i zarażał innych, Dzięki Ani zaczęłam mobilizować się i robić coś więcej dla mojej rodziny (mowa o gotowaniu i większym zaangażowaniu w dom – bo Ania ogarnia to jednym paluszkiem do tego przepysznie piecze – dzięki niej jadłam pyszny tort komunijny mojego syna, a ostatnio dodaje energii. Dzięki Magdzie wiem, że nie należy się poddawać choć życie nie zawsze układa się jak chcemy ale nie należy się poddawać i mocno kochać to co mamy przy sobie. Z Martą (żoną biegającego Michała) mogę wypić kielich wina gdy dopada życiowa chandra, przegadać niejeden wieczór a jej beza powala zmysły smakowe. Dzięki Kasi – wiem, że tylko wyobraźnia nas ogranicza. Potrafi wyczarować przepiękne przedmioty z materiałów, drewna i co tam tylko przychodzi do głowy. Poza etatem robi coś co kocha i sprawia jej przyjemność ( z nią pierwszy raz w ogóle wyszłam pobiegać). Ania2 – mam wrażenie że wiecznie uśmiechnięta – odpowiedzialna za inne dzieci  – ma ich całą przedszkolną gromadę – uczy jak być szczęśliwym i akceptować rzeczy jakimi są. Michał2 (mąż Ani 2) – z nim łączy mnie miłość do „Gry o Tron” zawsze kiedy widzimy się na osiedlu poświęcamy kawałek czasu nad studiowaniem  ostatnich wydarzeń serialowych i jak nikt wychwala swoją cudowną żonę aż milo posłuchać. Michał3 (mąż Kasi) – pokazuje jak wspierać żonę w jej pasjach i podnosi innych na duchu (przynajmniej mnie) a dzięki jego wsparciu Kasia może pobiegać ze mną. Krystian (mąż Ani1) – mam wrażenie że każda rozmowa moja z nim to jedna salwa śmiechu, riposta za ripostą żart za żartem. Ada – wiecznie młody duch. To dzięki niej mogłam tańczyć w swoim mieszkaniu w nocy – chociaż impreza była dwa piętra niżej 😉 przypomniałam sobie jak fajnie było być młodym i troszkę zazdrościć tej młodości i wolności. Żaneta –  obdarzała mnie profesjonalnym makijażem na najważniejsze oficjalne wystąpienia. Właśnie zmienia swoje życie z korporacyjnego na po prostu własne – i niesamowicie wspiera ją w tym mąż Bartek. Iwonka, Kamil i Kasia – choć już nie mieszkają – sąsiadami mentalnie będą już zawsze. Pokazali mi co warta jest naprawdę przyjaźń oraz  jakim trzeba być odważnym i silnym aby podejmować ważne decyzje życiowe choć niekiedy radykalne

Każdy z nich jest inny. Każdy ma swoje wady i zalety i zapewne to co widzę ja, nie jest wszystkim a może jest tylko złudzeniem – ktoś inny widzi jeszcze coś innego. Czasami pewnie mnie coś zirytuje ale zakładam, że i ja mogę być irytująca.  Ważne jest jednak to,  że w pędzie dzisiejszego świata, kiedy dla wielu ludzi łącząca go relacja z drugim człowiekiem jest ledwo otarciem się ramieniem w przejściu, czy podglądaniem na portalu społecznościowym potrafimy się zatrzymać i poświęcić czas komuś kto jest blisko nas. A dzięki tej bliskości możemy budować świat w którym czujemy się bezpiecznie potrzebni, częścią czegoś większego. Świat w którym są ludzie którzy mogą nas wesprzeć, rozśmieszyć, posiedzieć w milczeniu. Razem się posmucić, płakać kiedy łamie nam się świat. Wypić butelkę wina i przeklinać nieszczęścia. Pójść do kina i siorbnąć niedzielną kawę. Rozpalić grilla w weekend i stworzyć osiedlowe wakacje pod gruszą. Pytanie tylko czy jesteśmy gotowi otworzyć się na innych ludzi. Podarować komuś swój czas ale również pozwolić ten czas darować sobie.

Dziękuję wszystkim moim sąsiadom obecnym i byłym, za wszystkie emocje i drugie życie które dane jest mi z nimi dzielić. Ku temu właśnie jesteście. Do życia.

Do zobaczenia na podwórku.

A Wy jakich macie sąsiadów?

Share

Samotne bitwy w drodze do pracy

Przypomniał mi się wpis mój z 2013 roku dotyczący jednej z moich podróży. Odnalzłam i wklejam. Strzeżcie się większych od siebie……

2013r. :

…Dziś postanowiłam sprawdzić jak to jest zmierzyć się z większym od siebie. Szukając godnego przeciwnika natknęłam się na prawdziwy okaz – autobus (spóźniony dodam)!!!! Wykorzystując śliską nawierzchnię krawężnika postanowiłam dodać sobie „powera” i wystrzeliłam nogą prosto w niską podłogę pojazdu. Jednakże krople deszczu spływające do oczu sprawiły że miast stopą huknęłam całą siłą piszczelą. Nic to myślę….pokurwię z bólu w milczeniu – w końcu świadoma byłam ryzyka porażki. Podążając dalej ścieżyną do pracy zbliżyłam się do pociągu. Ludzie patrząc na mnie (nie wiedząc czemuż to tak) dostawali podejrzliwego wytrzeszczu, kobiety szalały i krzyczały w panice a okoliczni mężczyźni zabijali się by ustąpić mi miejsca tudzież wziąć na ręce 😉 Poznawszy przyczynę zamieszania sama o mało nie padłam mdlejąc – otóż spodnie moje ociekały krwią z rany odniesionej po wcześniejszej walce z żelaznym potworem. Zadrżałam i zamarłam w przerażeniu (nie pomnę o już bólu). Pociąg ruszył, ludzie jakby zaczęli otrząsać się z paniki i wrócili do standardowego grzania miejsc, ściskania drążków..mijały minuty…aż w końcu jedna miła Pani z politowaniem wstała i mówi: „Pani sobie usiądzie….tak z tą nogą….” Dobrze, bo myślałam że nogę powinnam odstawić na bok 🙂

Jeszcze tylko kilka spojrzeń ukradkiem kierowało się w mą stronę. Zakładam że troska wewnętrzna pasażerów była tak wielka że słów im zbrakło i śmiałości by zatroskać się troszkę głośniej.

Ale co to dla mnie. To tylko kolejna rana wzniesiona na polu bitwy zwanym życiem. Po 3 latach już tylko malutka blizna ozdabia nóżynkę a niesprana plama z krwi na wewnętrznej stronie nogawki przypomina mi, że aby krocząc do przodu podnosić wysoko nogi – gdyż niekiedy wydający się nam niski stopień może sprawić problemy a pokonanie go zostawić ślad do końca życia.

Share