Archiwa kategorii: życiem pisane

NieMatkiPolki czas bez dzieci

No i stało się. NieMatkaPolka została bez dzieci. Wrzask radości słyszały tylko moje uszy gdyż myśli obijały się wewnątrz czaszki w strachu że wypowiedziane na głos zapeszą i się nie dokona.

I już widziałam jak chodzę  na piwo ze znajomym, do kina z mężem, nago po mieszkaniu, do fryzjera (już ubrana), kosmetyczki, maluję ściany w pokojach dzieci, sprzątam, . Generalnie – Moje 5 minut.

No i co ? Gówno.

Jedyne co udało mi się zrobić do zawiesić się na pilocie. Już wiem jak pozbyć się cellulitu, nadwagi, depresji, pryszczy, siwych włosów, zmarszczek, wybielić zęby, rzucić palenie, zabić ból, bakterie i zarazki, jakich prezerwatyw użyć, zwalczyć infekcje wiem również jak powstała pierwsza sauna lodowa w Afryce. I ze najpierw był prażubr. To dziwne że z całą tą wiedzą ludzkość ma jeszcze jakieś problemy.

Z jedzeniem też nie najlepiej. Zdążyłam zaprzyjaźnić się z Żabką. Kolacja marzenie – hot-dogi, zapiekanki, kanapki na ciepło. Aczkolwiek dzisiaj wspięłam się na wyżyny i zrobiłam sobie coś sama.

Klęska. Okazuje się że bez dzieci nie jestem w stanie funkcjonować i tyle w temacie. A Kazik śpiewał coś innego. Buuuu

A jak Wasza wolność wakacyjna?

Share

Raz Dwa Trzy – kim jesteś Ty

Ostatnio przeczytałam jakiś post o osobliwościach jakie możemy napotkać na placach zabaw. Może kiedyś napiszę o własnych spostrzeżeniach – mam wrażenie że od dwunastu lat moim miejscem życia są place zabaw i inne powierzchnie wspólne gdzie średnia wieku to 8 lat. Najmłodsze jeszcze śpią w wózkach a najstarsze niestety przysypiają na ławkach

Ale że człowiek jest zwierzęciem stadnym to właściwie w każdym miejscu można dokonać subiektywnej analizy funkcjonowania w społeczeństwie. Zatem do dzieła. Dziś skupię się na środowisku pracy.

Jestem tzw. korpoludkiem, lemingiem – zwijcie jak chcecie – różnie w sieci rzeczy można wyczytać. Już 15 lat Matka korporacja mnie wychowuje, edukuje i karmi. Wszystkie te lata niosą ze sobą niesamowicie pozytywne doświadczenia jak i te o których wolałabym zapomnieć – nie mniej każde czegoś uczą i maja wpływ na mnie „teraz” – ale o tym innym razem.

Ludzie. Chcąc nie chcąc w pracy z nimi przebywasz a czasami nawet jamę ustną w ich stronę otworzyć musisz, choćby po to aby zapytać czy ktoś stoi w kolejce do robienia kawy. Bez względu jednak na to czy jesteś w kuchni na kawie/obiedzie/śniadaniu  czy na spotkaniu napotykasz różne osobliwości.

Zacznę od tych Ważnych. Osoby Ważne to te, które swą ważność nabywają wraz ze stanowiskiem czy odpowiedzialnościami wynikającymi z zawarcia małżeństwa. Zazwyczaj każą się dawać w „CC” maila a w przypadku występujących problemów zrobić do nich „forward” a Oni już popchną sprawę dalej. Oczywiście osoba Ważna stawia siebie jako istotny element w procesach akceptacji a kiedy ma tego już za dużo – procesu nie zmienia tylko deleguje na innych gdyż oni wg Ważnego z pewnością mają więcej  czasu na napisanie w mailu słowa „ok”,  „zgoda” lub bardziej elokwentnie (tudzież wymagające więcej poświęcenia) „akceptuję”. Ważny w kuchni jest zawsze inny niż Ważny na spotkaniach. Przybiera zazwyczaj formę przyjazną, „cool frenda” który zapyta Cię co robisz w weekend, o jaki jestem zmęczony lub zada otwarte pytanie „co tam u Ciebie”? Czyli tzw. gadki szmatki – poprawne politycznie ale masujące atmosferę i mimo wszystko budujące korporacyjne relacje. Zazwyczaj przybiera barwy oficjalne a marynarę zrzuca tylko w piątki.

Gwiazdy – nie wiem czy podziwiać czy przed nimi się chować. Typ gwiazdy jest zawsze cool. Żarciki na spotkaniach, żarciki bez spotkań. Często takie z których śmieje się tylko owa Gwiazda. Można nie wiedzieć czym się zajmuję i w jakim jest dziale ale na każdym piętrze ją znają. Z każdym się przywita, powie cześć, zagada w różnej tematyce. Z czasem okazuje się że jest szeroko zorientowana, do kogo z czym uderzyć i zdaje się być jedyną osobą która coś potrafi załatwić. Jej się wydaje że wszyscy ją lubią a innym się wydaje że siebie chyba lubi najbardziej. Oczywiście każda ze stron się myli . Na spotkaniach zawsze ma coś do powiedzenia a kiedy wpadnie na fajny pomysł z możliwością jego realizacji – to koniec. Będzie tym żyła jeszcze wiele miesięcy aż do kolejnego pomysłu. Co wytwarza efekt „niekończącego się pasma sukcesów”. Rozpoznasz ją po pewności siebie, wietrze we włosach, komarach w zębach i takie tam. James Bond na miarę polskich możliwości i Paris Hilton  wśród ludności zwykłej.

Profesor – tak są też tacy. Niewiele mówią, obserwują i analizują wszystko co się da. Osoby te chcą kontrolować wszystko. Informacje przygotowane przez innych podlegają kilkakrotnej weryfikacji lub traktowane są z dystansem – gdyż tylko Profesor potrafi przygotować rzetelne dane i tylko dorobkowi swemu Profesor zaufa. Buduje wokół siebie aurę niezastępowalności bo tylko na jego informacjach można polegać. Oczywiście wszystkie jego opinie są słuszne i właściwe,  a jeżeli powiesz „A”  to wiedz, że on doda do tego swoje B.  Jeżeli milczy oznacza jeno że albo z takim głupkiem jak ty nie będzie kontynuował konwersacji lub też, że aktualna praca jego wznosi się ponad poziomy potrzeb Twoich. Nie zabiega o znajomości i przyjaciół ale też raczej nie utrzymuje już zdobytych jeżeli otoczenie się zmienia. Wyglądowo nie rzuca się w oczy – strój stonowany zwykły, napotykane koszule, sweterki w serek. Piątek nie stanowi różnicy.

A kto to – osoby aktoto – to postacie na które patrzysz jak w stanie upojenia alkoholowego. Patrzysz, patrzysz i nadal nie kojarzysz. Dla bezpieczeństwa mówimy cześć bo w sumie nie wiesz czy pomylił piętra, czy tu pracuje czy gość? – odpowiedź jak masz szczęście to usłyszysz. Czyli niby twarz znana ale z niczym jej nie powiążesz – oczywiście jak zapytasz Gwiazdy to Ci podpowie. Najczęściej przy informacji o odejściu z pracy czy zwolnieniu (a niech mu będzie – awansu) pytamy – A kto to?

Głuchy telefon – jeżeli znasz taką osobę to dobrze i źle. Dobrze bo może trafi Ci się wieść z podziemia z cyklu TOP SIKRET ale z drugiej strony nie masz pewności czy Twoje myśli pozostaną Twoje. Nigdy nie powie co jest źródłem informacji nigdy też nie wiesz jak daleko sięga. Uważa że wie wszystko na „odkryty” temat na zasadzie „tata, a Marcin powiedział..” oczywiście poczucie złudne ale co tam głuchego telefonu nie przekonasz że początek mógł być inny. Głuch telefon powie że coś wie ale nie powie. Ale już wie i to tajemnica i coś istotnego i taj będzie się tym upajać.  Oczywiście porażająca duma nie pozwala zachować milczenia że coś wiedziała wcześniej niż. Rozpoznasz ją po luźnych i teoretycznie niegroźnych pytaniach, niekiedy seryjnie zadawanych w twą stronę. Jak wyczuje że coś z Ciebie wyciągnie – koniec.

Sympatyczna – do wszystkich się uśmiecha, z każdym porozmawia, nikomu nie wadzi, nie wtrąca się, nie wywyższa, doradzi, pomoże. Taki ideał który prawie nie istniej. Ale zdarza się. Nie wchodzi w układy i konflikty. Jak coś jej nie pasuje to stara się załatwić to dyskretnie i aby broń Boże nie urazić.  Oczywiście wszystko to widzimy na zewnątrz. W związku z tym, że robot to nie jest, poziom sympatii nie jest doładowywany bateryjkami jak słodkie króliczki z reklamy. Jak się wyleje to już konkretnie i jednorazowo. Ale że jest sympatyczna i powszechnie lubiano-neutralna wybaczamy.

Maruda – już po kilku dniach wysiadasz. Przy kolejnej symfonii narzekań masz ochotę wstać wziąć klawiaturę komputerową i porównać z tą szczękową. Na początku jeszcze konwersujesz potem po prostu milczysz. No ale jak włączy się katarynka… zwykle stosujemy stopery lub muzykę w słuchawkach. W kuchni starasz się nie wchodzić drogę a już z pewnością nie zadawać pytania –Co u Ciebie słychać. To już czysty strzał w kolano. Własne oczywiście.

Uprzejmie donoszę – to prawdziwy kameleon. Potrafi przybrać barwy każdego przyjaciela jaki jest Ci potrzebny w danej chwili. Wysłucha, pouśmiecha się a w przypadku Twojego błędu wykaże nawet zrozumienie. I to wszystko. Potem tylko poczujesz nóż wbijany w plecy. Sprytny donosiciel się nie ujawni, ten początkujący może jeszcze niechcący wysłać maila. A na końcu poklepie Cię po plecach z „nie martw się” „jakoś to załatwimy”

I na koniec mamy Lolę. Taka najpiękniejsza w całej wsi. Dużo mówi – niekoniecznie na temat, w pracy ogranicza się do własnych zadań i nic więcej. Jej zadaniem głównym jest pozostawić swoją woń w obszarach płci przeciwnej. Kiedy przechodzi korytarzem można śmiało zaśpiewać za Kazikiem: „…kiedy idziesz korytarzem chłopaki w milczeniu. Oni patrzą na Ciebie lecz nigdy Tobie w oczy oprócz mnie jednego najbardziej nagrzanego. Ach Spalam się” tatataram tudu. Dodam jedynie że Lola występuje zarówno w płci żeńskiej jak i męskiej.

Oczywiście świat nie jest jednolity i człowiek również nie. Trafiają się mixy, np.  Profesor z Aktoto, Sympatyczna z Uprzejmie donoszę, Gwiazda z Lolą itd. Jeżeli spotkasz mix wszystkiego – uważaj, to musi być Terminator, pewnie T1000. Są jeszcze kreatywni, olewacze, matki, wujcie Dobra Rada i inni. Ilu ludzi tym więcej typów. Dnia by nie starczyło aby wszystkich opisać. Najważniejsze jednak jest zbudowanie świadomości że te wszystkie typy budują społeczność i dopełniają się wzajemnie. Nie może być grupy gdzie będą tylko Sympatyczni czy Profesorowie i Gwiazdy. Im bardziej urozmaicona grupa tym większe prawdopodobieństwo przetrwania. Należy tylko dobrze zidentyfikować i współżyć. Ważny może Cię pokierować , Gwiazda pociągnąć za sobą i dodać odwagi, Profesor popatrzeć z dystansu i spojrzeć na sprawy inaczej, Sympatyczna rozładować atmosferę, Maruda nakierować na pomysł i rozwiązanie, Aktoto pokazać że praca to nie wszystko i energię życiową można skierować gdzie indziej, Uprzejmie Donoszę wyostrzy uwagę a Lola no cóż…może Ci się coś trafi 😉 przynajmniej miło popatrzeć i pożartować.

Może być i tak, że Ważny Cię zdołuje, Gwiazda zgasi, Profesor wytknie błędy i zdemotywuje, Sympatyczna – bez zmian, Maruda zatruje, Aktoto- hmm nadal nie wiemy kim jest, Uprzejmie donoszę zdradzi a Lola wprawi w kompleksy

Jak na to spojrzysz i jak podejdziesz do grupy ostatecznie zależy od Ciebie i od tego jakim  człowiekiem jesteś i jakimi zasadami w życiu się kierujesz. Grupa to ludzie, firma to ludzie.

A jaka jestem ja? Z pewnością mieszanką. I jeżeli czytają to moi znajomi to pewnie już mnie gdzieś „zaszufladkowali” J

Czerpmy od innych i dawajmy innym od siebie. Tyle w temacie

NieMatkaPolka

Share

Trzeci cycek I ja :)

Jako że lato blisko i potrzeba negliżu rośnie – postanowiłam ujędrnić swój nieco po trzyciążowy brzuch (czytaj: duży nie jest ale wszystko wisi). Znalazłam na popularnym kanale youtube jakieś tam ćwiczonka zwane turbo. Myślę sobie – dobra, jedziem laska co tam 20 min skakania, zobaczymy o co w tym wszystkim chodzi.

Zamknęłam się dyskretnie w kuchni – ażeby spokojnej atmosfery domowej nie zagęszczać. W związku z tym, że wieczór za oknem – odbicie w szybie perfekcyjnie zastąpiło lustro a nawet śmiem twierdzić, że było jeszcze lepsze gdyż szczegółów sforsowanej życiem twarzy nie ukazywało a ogólny pogląd pozostał. Strzałka play.

Pan lektor spokojnie tłumaczy co się będzie ze mną działo. Szczęśliwie podczas ćwiczeń nie mówił zbyt wiele co nie wywoływało we mnie irytacji. Jego słowa – zostało Ci już tylko 1 min rundy 1 – ratowały mnie w chwili kiedy język mój już sięgał podłogi a wymiana powietrza w moim organizmie napotkała pierwsze przeszkody.

Runda 2 – jedziem laska. W połowie mówię do siebie – w dupie mam to. Nie dam rady, kończę. Jakieś krokodylki sobie wymyślili. Mąż z pokoju obok prosi abym spinała się trochę ciszej, dzieci dopytują – co się dzieje mamie i czemuż tak z kuchni stęka (a tata w innym pokoju 😉 ) . Tak myślę może już poleżę, aż nagle patrzę w okienko. Nie dowierzam kiedy podczas wykonywania kolejnych pajacyków wzrok mój dostrzega fałd brzuszny który niczym bojka na wodzie unosi się wraz niesioną go falą. Góra – dół, góra – dół. Boże – przecież to jak trzeci poziomy cycek (tudzież pierś – dla tych którzy wolą treść na wyższym poziomie ale podczas wyczerpujących ćwiczeń tylko cycek przyszedł mi do głowy). I faluje, i faluje, jeszcze chwilę i szczękę mógłby rozwalić. I mówię – o nie. To tak to wygląda? (i tu oczami wyobraźni zastanawiam się jaki widok mężowi memu objawia się podczas innego rodzaju aktywności fizycznych).  I dzięki temu dojechałam do końca, mój trzeci cycek pomógł mi dotrwać. Pani na filmiku oczywiście takiego nie ma, jest płaska i sprężysta.

Oczywiście ćwiczyłam tydzień temu i tylko raz  🙂 W końcu który facet może miec żonę z trzema cyckami 😛

Jak tylko zacznę wykonywać coś regularnie dam Wam znać. Póki co jedyne co wykonuję regularnie to ćwiczenia na pośladki – leżę i spinam. Nie na darmo mówi się: spiąć pośladki I do przodu.  Jak się wyrobią to opatentuję i zrobię konkurencję różnym stronkom.

NieMatkaPolka

Share

Mantra na dobranoc

Już będąc małą dziewczynką jak mantra słyszałam: „Ty się dziecko ucz. Musisz iść na studia, wyjechać do większego miasta”; pamiętam bardzo dobrze i to „najpierw studia potem chłopcy”. A było jeszcze: „chociaż Ty…”, „poznaj świat, podróżuj..”, „nie daj sie uwiązać szybko mężem i dziećmi..” i takie tam.

Jako podlotek oczywiście rozumienie znaczenia słów – żadne. Jednak im dalej w las tym większa presja. Oczywiście z przestrzeganiem zasad ciężko. Teoria teorią ale serce z lodu nie jest. I wyrosło ze mnie dziewczę które kochało od zawsze dzieci – i jak tu ich nie mieć, które czuło się bezpiecznie z kimś bliskim – i jak tu się nie wiązać, które się uwiązało – i jak tu podróżować?

Wychowując moje dzieci zastanawiam się – w jaki sposób zachęcać je do poznawania siebie i świata. Z jednej strony chcąc aby nie osiadły na mieliźnie a zdrugiej strony zgadując co dla nich może być mielizną? I z jaką mądrością życiową wypuścić w świat.

Jako dorosła doskonale rozumiem co chciano mi przekazać, tylko teraz zastanawiam się czy to że żyję jak żyję jest moim osiągnięciem czy czyjąś porażką. Z drugiej strony mogłabym odnieść czyjś sukces ale odnieść własną porażkę.

Jednak to co najważniejsze myślę że przetrwało ze mną a o czym również słyszałam będąc dzieckiem:

„Postępuj w życiu tak aby inni przez Ciebie nie płakali” oraz „szanuj drugiego człowieka – nigdy nie wiesz co w życiu może Ciebie spotkać”. Nie jest łatwo ale bardziej uczy jak być człowiekiem

Pamiętajcie, że wychowanie dzieci to nie tylko wysłanie ich do super szkół, na dziesiątki zajęć czy puszczanie „samopas” na samodzielne poznanie życia, włączenie bajki niech sobie ogląda, nawrzeszczenie po nieudanej klasówce, przepisywanie zeszytów bo bazgroli czy pozostawienie samemu gdy odnosi sukces/porażkę. Wychowaniem jest również pokazanie wartości człowieka, miłości i podarowanie Waszego czasu.

A Wy jaką mantrę stosujecie ?

river

NIeMatkaPolka

 

Share

Zdrowie na onkologii (?)

Postanowiłam wrócić kawałek do mojej przeszłości. W sumie niedalekiej – tylko rocznej.  Nie wnikając w szczegóły (może innym razem) dane mi było wylądować w korytarzu prowadzącym do pomieszczeń w których przeprowadza się radioterapię.

W pierwszych dniach oczekiwania na zabiegi poza powiedzeniem „Dzień Dobry” pozostałym chorym skupiałam się głównie na muzyce w moich uszach, przychodzących mailach (wyskakiwałam na naświetlania w trakcie pracy) , czytaniu. Chcąc nie chcąc dolatywały do mnie historie niektórych pacjentów – rodzaj choroby, historia leczenia, obawy itp. Celowo nie włączałam się do rozmów, chociaż dnia na dzień było trudniej gdyż co dzień spotykałam tych samych ludzi, którzy zaczęli stawać się częścią mojej historii. Większość z nich przychodziła z kimś: dziećmi, mężem, żoną, rodzicami. Milczałam nie dlatego że taki ze mnie gbur i samotnik – wręcz przeciwnie. Milczałam gdyż mój przypadek była naprawdę dobry. Rak wycięty – należało go tylko przez 20 dni dobić. Tak dla pewności. Słuchając innych wiedziałam, że jestem tylko lekkim przypadkiem. Dokładając mojego pozytywnego ducha, luźne nastawienie (powinnam być umartwiona, załamana z depresyjnym wyrazem twarzy) i jeszcze aktywnie pracowałam – nie pasowałam tutaj. Bo w swym nieszczęściu byłam szczęśliwa. Jednak po trzech tygodniach już nie można było już stać z boku. Tylko ja  jeszcze nie dzieliła się swoim przypadkiem. I nagle padło to pytanie: „A Pani? Czy Pani również ma chemię? Ciężko Pani?” I widzę te zatroskane oczy wpatrzone na mnie, niektóre pełne bólu, inne już przygotowały się do obdarzenia mnie swoim współczuciem i czekają. Czekają jakim cierpieniem się z nimi podzielę. Zaczynam zatem „bardzo dobrze,  wycięto raka w całości, szczęśliwie mam tylko radio i czuję się dobrze.  Mogę chodzić do pracy itd…” Cisza. Widzę uśmiechające się twarze próbujące pokazać mi jak cieszą się ze mną. Ale w oczach rozczarowanie i żałość. Wielu z nich przeżywało swoją tragedię i ból. A ja? A ja kończyłam już z moją. Patrzę na nich i poczułam że chyba ranię ich moim „zdrowiem”. Szybko dodałam: „ale mam kolejne powiększone węzły chłonne – całe 9 dwucentymetrowych kulek na obojczyku i szyi – także kolejne badania”. I już głowy kiwają w akcie zrozumienia i aprobaty. Przygotowane miny współczucia mogły zostać efektywnie wykorzystane bo przecież te węzły dawały im znak, nadzieję (?) że może ja też jeszcze będę miała tak źle jak oni. Teraz jednak żałuję.

Z całego leczenia to była jedna z trudniejszych chwil. Chwila w której patrzysz człowiekowi w oczy i nie masz odwagi przelać na niego swojej radości. W której Twoja radość może być czyimś bólem. Chwila w której dodajesz sobie choroby aby ktoś inny poczuł się lepiej.  Pamiętam większość tych twarzy do dzisiaj. Mam nadzieję, że nie muszą ukrywać swej radości i mogą odważnie powiedzieć światu tak ja  teraz, że są zdrowi.

Sytuacje bywają trudne,  życie jest trudnie, kontakt z drugim człowiekiem bywa trudny. Miejcie jednak odwagę mówić szczerze o sobie. Dla nikogo się nie udoskonalajcie ani nie uśmiercajcie. Możliwe że inni potrzebują właśnie Waszej szczerości nawet jeżeli na początku może sprawić ból. W ostateczności jednak niekiedy może nieść nadzieję.

Nadziei – dla wszystkich. Podobno umiera ostatnia.

Share

Ku czemu nam ten sąsiad

Sąsiad(ka) – persona zamieszkująca w okolicach twej posiadłości. O życiu wielu z nich nie masz kompletnego pojęcia. Oni o Twoim z pewnością też nie. W wielu miastach gdzie wynajmujących dany blok jest więcej niż stałych mieszkańców nawet proste słowo „Dzień dobry” staje w gardle. Bo po co.

A  no właśnie. Po co nam CI sąsiedzi. Jedni są wścibscy, inni wiecznie imprezują, kolejni są najmądrzejsi w „całej wsi”, a jeszcze inni myślą tylko jak tu można wykorzystać znajomość z Tobą. Zdarzają się też tacy co potrafią wbić przysłowiowy nóż w plecy. Oczywiście oceniasz powierzchownie bo przecież tak naprawdę ich nie znasz. Oczywiście nie zastanawiasz się jakim sąsiadem jesteś Ty: czy tym wścibskim, nadętym, przemądrzałym, gburem, milczkiem, wyalienowanym, miłym do wyrzygania, fałszywym, wymarzonym. Sąsiad może być różny. Zatem – czy warto ryzykować i mieć sąsiada – a może raczej należy dopuścić myśl – że można go mieć?

Ja od ponad 6 lat na nowo odkrywam po co mieć sąsiada. Mieszkam w bloku który liczy niewiele ponad 50 mieszkań. O życiu osiedlowy można by stworzyć oddzielnego bloga… aż sama sobie zazdroszczę że tu mieszkam. Tu ochrzczono mnie mianem „MatkaPolka” (ze względu na 3 dzieci). To dzięki moim sąsiadom wiele zrobiłam. Dzięki  Michałowi przebiegłam moje pierwsze 10 km i kolejne i kolejne…. – bo Michał dużo biegał i zarażał innych, Dzięki Ani zaczęłam mobilizować się i robić coś więcej dla mojej rodziny (mowa o gotowaniu i większym zaangażowaniu w dom – bo Ania ogarnia to jednym paluszkiem do tego przepysznie piecze – dzięki niej jadłam pyszny tort komunijny mojego syna, a ostatnio dodaje energii. Dzięki Magdzie wiem, że nie należy się poddawać choć życie nie zawsze układa się jak chcemy ale nie należy się poddawać i mocno kochać to co mamy przy sobie. Z Martą (żoną biegającego Michała) mogę wypić kielich wina gdy dopada życiowa chandra, przegadać niejeden wieczór a jej beza powala zmysły smakowe. Dzięki Kasi – wiem, że tylko wyobraźnia nas ogranicza. Potrafi wyczarować przepiękne przedmioty z materiałów, drewna i co tam tylko przychodzi do głowy. Poza etatem robi coś co kocha i sprawia jej przyjemność ( z nią pierwszy raz w ogóle wyszłam pobiegać). Ania2 – mam wrażenie że wiecznie uśmiechnięta – odpowiedzialna za inne dzieci  – ma ich całą przedszkolną gromadę – uczy jak być szczęśliwym i akceptować rzeczy jakimi są. Michał2 (mąż Ani 2) – z nim łączy mnie miłość do „Gry o Tron” zawsze kiedy widzimy się na osiedlu poświęcamy kawałek czasu nad studiowaniem  ostatnich wydarzeń serialowych i jak nikt wychwala swoją cudowną żonę aż milo posłuchać. Michał3 (mąż Kasi) – pokazuje jak wspierać żonę w jej pasjach i podnosi innych na duchu (przynajmniej mnie) a dzięki jego wsparciu Kasia może pobiegać ze mną. Krystian (mąż Ani1) – mam wrażenie że każda rozmowa moja z nim to jedna salwa śmiechu, riposta za ripostą żart za żartem. Ada – wiecznie młody duch. To dzięki niej mogłam tańczyć w swoim mieszkaniu w nocy – chociaż impreza była dwa piętra niżej 😉 przypomniałam sobie jak fajnie było być młodym i troszkę zazdrościć tej młodości i wolności. Żaneta –  obdarzała mnie profesjonalnym makijażem na najważniejsze oficjalne wystąpienia. Właśnie zmienia swoje życie z korporacyjnego na po prostu własne – i niesamowicie wspiera ją w tym mąż Bartek. Iwonka, Kamil i Kasia – choć już nie mieszkają – sąsiadami mentalnie będą już zawsze. Pokazali mi co warta jest naprawdę przyjaźń oraz  jakim trzeba być odważnym i silnym aby podejmować ważne decyzje życiowe choć niekiedy radykalne

Każdy z nich jest inny. Każdy ma swoje wady i zalety i zapewne to co widzę ja, nie jest wszystkim a może jest tylko złudzeniem – ktoś inny widzi jeszcze coś innego. Czasami pewnie mnie coś zirytuje ale zakładam, że i ja mogę być irytująca.  Ważne jest jednak to,  że w pędzie dzisiejszego świata, kiedy dla wielu ludzi łącząca go relacja z drugim człowiekiem jest ledwo otarciem się ramieniem w przejściu, czy podglądaniem na portalu społecznościowym potrafimy się zatrzymać i poświęcić czas komuś kto jest blisko nas. A dzięki tej bliskości możemy budować świat w którym czujemy się bezpiecznie potrzebni, częścią czegoś większego. Świat w którym są ludzie którzy mogą nas wesprzeć, rozśmieszyć, posiedzieć w milczeniu. Razem się posmucić, płakać kiedy łamie nam się świat. Wypić butelkę wina i przeklinać nieszczęścia. Pójść do kina i siorbnąć niedzielną kawę. Rozpalić grilla w weekend i stworzyć osiedlowe wakacje pod gruszą. Pytanie tylko czy jesteśmy gotowi otworzyć się na innych ludzi. Podarować komuś swój czas ale również pozwolić ten czas darować sobie.

Dziękuję wszystkim moim sąsiadom obecnym i byłym, za wszystkie emocje i drugie życie które dane jest mi z nimi dzielić. Ku temu właśnie jesteście. Do życia.

Do zobaczenia na podwórku.

A Wy jakich macie sąsiadów?

Share

Na czym polega urok I Komunii Św.

Polska właśnie weszła w czas który w roku nazywamy komunijnym. Rodzice planują dla swych dziatw strawę, symboliczny poczęstunek na 50 osób (oczywiście najbliższa rodzina) – nie wszyscy mieszczą się w mieszkaniach – ale na szczęście są knajpy z których można skorzystać. Nie wytykam, niektórzy mają naprawdę duże rodziny.

Dzieci dzielnie chodzą na próby, wchodzą – wychodzą, wchodzą – wychodzą – ma być równo, dobre tempo, klęk na odpowiednie kolano i pieśni głośno wznoszone ( w razie jakby goście nie znali). Na religii zaliczane modlitwy, potem egzamin, regułka przy spowiedzi – prościzna  (poza staropolskim językiem modlitewnym którego sens jest dzieciom nieznanym a większości z modlitw zakładam że już niektórzy nie powiedzą na głos przy żadnej okazji)

Rodzice kilka dni przed nerwowo zastanawiają się czy będą mieli gdzie usiąść w kościele. Sukces – jeżeli kościół blisko miejsca zamieszkania – część gości prawdopodobnie spędzi tam połowę mszy. Najważniejsze żeby była pogoda. No i piękny wianek na głowie, no i krawat albo mucha, no i jeszcze najważniejsze aby piękna fryzura, może warkocz albo loki – niech wygląda jak księżniczka, anioł. Gorzej mają chłopcy – nie każdy może być podrasowany na anioła a zakładam że niejednemu  do niego daleko. Temat prezentu od czasu do czasu na pierwszym planie – ale jak Syzyf tłumaczy się dziecku że to nie prezent najważniejszy – a w międzyczasie szuka się czegoś z efektem łał. Kiedyś było ciut łatwiej. Standard kalkulator, długopis, zegarek, potem era rowerów.  Obecnie nie nadążam – szczęśliwie znam wielu zdrowo myślących rodziców i nie dają się wprowadzić w pułapkę posiadania, wyglądania.

Najlepsze są ustalenia przed komunijne: jaki fotograf, czy filmowanie, a jakie stroje, a jaki prezent dla księdza, a jaki wystrój kościoła, a jaka składka, dlaczego tak dużo… o ochotników może być trudno – bo przecież tak duchowa zmiana w życiu naszych kochanych dzieci wręcz powoduje że wszyscy jak osiołek w Shreku pragniemy  być chętnymi – ale i zdarza się natchniony mózg operacyjny który przynajmniej wie do czego służą różne przedmioty kościelne i jaki jest porządek mszy. Wówczas rocznik jest uratowany.  I już niby wszystko cudownie być musi…..a jednak jest coś co cały urok komunii zabija. I dowiedziałam się o tym w pociągu z zasłyszanej rozmowy mam siedzących obok.

– „ No i wyobraź sobie, że każda dziewczynka ma inne bolerko, no i jak to będzie wyglądało? Cały urok i piękno komunii zepsute….”

Także tak – jakbyśmy mieli wątpliwość na czym polega urok komunii i ku czemu ta strawa duchowa jest nam potrzebna. Pozostaje jedynie westchnąć…

Share

Mam tak samo ja Ty…..moje miasto a w nim….

Powiedzcie czy mieliście okazję odbyć podróż sentymentalną do miejsc w których przyszło Wam się urodzić,  chwytać dziecięce lata, dojrzewać i dorastać?

Ja niedawno miałam okazję – choć trwała miałam wrażenie – sekundę. Miasteczko, które zawsze wydawało się moje nagle przestało nim być.  Szczęśliwie układ centrum się nie zmienił – dzięki czemu poczucie zagubienia wydało się mniejsze – jednak trasa jaką pokonałam z punktu A do punktu B była zdecydowanie za krótka. Czy to miasto się skurczyło –  czy ja urosłam? Opuściłam je w wieku 15 lat. Najpierw wracałam jako gość w każdy weekend potem coraz rzadziej a z czasem zmieniłam je na inny dom. Jeszcze ślub w rodzinnym mieście, chrzest dziecka i tyle co mi zostało…wspomnienia.

Szczęśliwie trwają stałe punkty których kurczowo się uczepiłam – i które upewniają mnie że to miasto to jest rzeczywiście mój stary dom. Papierniczy  obok starego PKS –  nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat opiera się coraz liczniejszym marketom, kwiaciarnia i sklep ze wszystkim tuż obok, w bocznej uliczce sklep z kapeluszami – pamiętam jak moja mama zamawiała tam nakrycie głowy o śliwkowym kolorze. Ogromny dom kupiecki w którym co kilka lat było coś innego – ale ma nieśmiertelne schody i murek po którym się chodziło. Tuż obok fotograf na którym zawsze sprawdzałam z koleżankami kto z kim i w jakiej sukni. No i budka z zapiekankami –  jedyna moja, cieszę się, że pozwalają jej tam być choć nie pasuje do otoczenia. Rynek niby ten sam ale teraz jakiś wielki brzydki grzyb kłuje w oczy – ale widać taka potrzeba społeczna w grzybie napić się piwa. I to co najbardziej kłuje w serce – to budynki ze sklepami w miejscu starego PKS – gdzie w godzinach popołudniowych gromadziła się setka uczniów dojeżdżających z pobliskich miejscowości. Gdzie pary się spotykały, obejmowały, żegnały i witały. Można było tez oberwać, a jak. Serce było i żyło w samym środku miasta – teraz są sklepy ale życie widziałam tylko na przejściu dla pieszych. Może w tygodniu jest inaczej. Może będę miała okazję kiedyś zobaczyć.

Kierując się w stronę mojego osiedla zobaczyłam miejsce gdzie jako dzieciaki biegaliśmy – „Bartka” – świetlicy w której mogliśmy oglądać kolorowe bajki – takie organizowane pokazy z późniejszą wypożyczalnią kaset video w piwnicy. Czad! Budynek stoi. Piękne zielone trawniki z mleczami – jak dawniej. Szukam wzrokiem parkingu na którym zbiegałyśmy się z dziewczynami z okolicznych bloków i grałyśmy w dwa ognie, zbijaka, króla skoczków, strzelców – czasami oberwało się za uderzenie piłką w auta albo od mieszkańca któremu okazało się że walimy w ściany. Ale nikt nie zawieszał tabliczki z zakazem gry w piłkę. Mieliśmy ogromne szczęście. Ogromny orzech rosnący przy ulicy a który tracił swoje owoce nim zdążyły dojrzeć.  Teraz patrzę, że samochodów stoi tyle, że nawet jedna drużyna nie miałaby szans na grę. Drzewa też  nie ma. Sobota – południe, ładna pogoda – dzieci też nie ma. Pewnie grają ale w świecie Minecrafta. Ale jest piękny Orlik  i mnóstwo legalnego miejsca dla piłki. Ani śladu po szambie ogrodzonym wielką siatką, prowizorycznych garażach na motor, auto które sąsiad namiętnie reperował i pobudzał bębenki uszne mieszkańcom próbując odpalić „skarpetę”. Ha – i śmietnik i trzepak stoi – nieśmiertelny, nienaruszony może nawet bardziej odświeżony i zadbany. Mój blok, moja klatka, moje okna. I znów zaczęłam się zastanawiać czy to tutaj, że przecież  to było większe i wyższe. Spojrzałam w górę, na drugie piętro. I stało się coś czego się nie spodziewałam. Zaczęłam płakać. I płaczę teraz. Bo to była ta chwila kiedy po 17 latach chyba dotarło do mnie że to straciłam, że tego nie ma. Nie ma już dla mnie. Moje Bema. Miejsce w którym się urodziłam, wychowywałam, wygłupiałam i doznawałam wszystkich tych uczuć i emocji jakich młody człowiek dotyka w swoim życiu. Ja, która świetnie się adoptuje do każdego nowego miejsca poczułam ogromny ból. Ból który oznacza tęsknotę za przeszłością i miejscem które mnie stworzyło.

I wtedy zobaczyłam dwie postacie, niezmienne. Sąsiadki, tzw. „ oko i ucho osiedla”. Wychodziły na spacer. Na włosach mają już szron, krok już wolny. Złapały się pod rękę i idą razem. Pewnie do kościoła. Zdążyłam jeszcze powiedzieć im Dzień Dobry ale pewnie mnie nie poznały. I wtedy zaczęłam się do siebie uśmiechać w  duchu że pewne rzeczy są jednak niezmienne. I stałe punkty są….i chodzą nadal na spacer.

Kiedy się rodzimy nikt nie przypisuje nas do jednego miejsca.  Świat jest ogromny,  piękny i w nas leży decyzja gdzie znajdziemy dla siebie dom. Czasami możemy błądzić nim nabierzemy pewności, czasami ze strachu nie opuszczamy miejsca w którym jesteśmy. A niekiedy rodzimy się dokładnie tam gdzie powinniśmy być już zawsze. Jak jest ze mną? Jak jest z każdym z Was?

Jednak bez względu na to gdzie wiatry nas rozrzucą na ziemi nie zapominajmy o miejscach które Was „zrodziło”, z których się wywodzimy – bez względu na historie i wspomnienia – bo te miejsca kształtują nas i wpływają na nasze życie. Jeżeli je opuściliśmy może warto je odwiedzić i pozwolić sobie na łzę i zaraz po Dzień dobry powiedzieć symboliczne Do widzenia. Ważne by na koniec być w miejscu w którym, choć szron na włosach i krok wolny, weźmiemy kogoś pod rękę i będziemy mogli iść na spacer…

NieMatkaPolka

P.S. Sylwia K – dzięki za chwilę rozmowy. Nie można zapominać.

Share

Kiedy złapać ten pociąg….

Zaliczam ostatnie schody prowadzące do szczęścia zwanym powrotem do domu. Z tyłu głowy słyszę dobrze mi znany szum oznaczający nadjeżdżający pociąg. I ruszyła maszyna losująca – nastąpiło zwolnienie blokady. Trącają mnie z lewej, trącają mnie z prawej – noż kuwa mać – przecież sędzia nie odgwizdał jeszcze startu! Ale nie biegną. Bo jedzie – i jak na złość krótki. A dokąd to dokąd to dokąd tak gna ? – idąc za poetą – wyczekuję bo może moja klatka STOP w oczach wyłapie napis na wagonie. Błonie – cholera w moją stronę. No i dołączam. Przeplatam te moje przeszczepy na obcasach, kilkukilogramową torebeczkę ze sprzętem  przerzucam przez ramię i rwę się jak w Biegu Niepodległości – w nadziei że w tym roku złamię 1h. I czuję że ciężko idzie, innym znacznie lepiej. I nagle głos rozsądku (często jednak zbyt odległy) mówi do mnie. Kobieto – Ty się opanuj. Nie biegnij za tłumem, Ty wracasz z pracy a nie idziesz do pracy! Popatrz w górę słońce świeci! Wpadniesz jak inni do wagonu z burakiem na twarzy, oddech zbyt szybki zdradzi, żeś w żadnej kondycji i nie daj Boże nikogo w pobliżu do reanimacji (Ciebie oczywiście). Ty miej godność. Popatrz jak ławka mówi do Ciebie „siądź gościu acz spocznij sobie”, wyjmij tę książkę – przecież jesteś na ostatnim rozdziale w którym właśnie wszystko ma się wyjaśnić. Pierwsze słońce niech rozpieści Twoje lico i zarzuci Cię oczekiwaną przez zimę naturalną wit. D. Poczuj swoją godność. To nie pociąg dyktuje Ci jak masz żyć – to Ty dyktuj do jakiego pociągu wsiadasz.

I takem posłuchała tegoż głosu, podobno rozsądku. I zatrzymałam się i wystawiłam pyszczek ku słońcu i wyciągnęłam książkę i wciągnęłam wiosenne powiślańskie warszawskie powietrze. I rzekłam, że jest dobrze.  Po 5 minutach podjechał kolejny transport – wsiadłam ze stoickim spokojem, z godnością jak kobieta sukcesu 😉 bez ziajania i karpia na twarzy.

I jedno Wam powiem: pamiętajcie żeby się zatrzymać, wyciągnąć książkę lub wystawić twarz ku słońcu. Złapcie chwilę, przestańcie ciągle biegać za życiem bo ktoś Was w bok trąca. Wsiądźcie do Waszej chwili wtedy kiedy to Wy o tym zdecydujecie. A inni jak chcą niech dyszą i zieją… to tylko Pociąg…(?)

NieMatkaPolka

Share

Cellulit na pupie czy w pupie?

Czytając jeden z artykułów w prasie typowo kobiecej dowiedziałam się, że marzę o jędrnym i gładkim ciele – a w szczególności udach i pupie. A nurtującym mnie od wielu lat pytaniem jest – jak się pozbyć Cellulitu.

Oczywiście pierwszy sposób – czyli próba akceptacji „niezbyt urodziwych” nierówności absolutnie nie wchodzi w grę! Jakże można? O Matko o matko! Cóż robić, cóż? Polecono aby hasłem stało się powiedzenie „popracuj nad nogami i pośladkami a będziesz zdrowsza” Boże – Jakie to głębokie i oczywiste. Zatem jak zadbać od siebie o du*y strony.

Na szczęście autor artykułu podkreśla, że do problemu cellulitu należy podejść całościowo poprzez dietę, ćwiczenia, ogólnie zdrowy tryb życia, masaże itp. (przynajmniej nie wciska kitu o super kremach). Niestety drogie Panie zajmie nam to wiele miesięcy ale wpłynie bardzo pozytywnie na cały nas organizm. Także ostry start tuż przed wakacjami nic nie da.

Ale spokojnie – na szczęście nauka wymyśliła coś co  pomoże nam (UWAGA) – w pozbyciu się tej PRZYKREJ DOLEGLIWOŚCI (normalnie spać nie mogę tak mi jest przykro). Mamy zatem karboksyterapię – wstrzykiwanie dwutlenku węgla, mezoterapię, wstrzykiwanie koktajli z m.in. nienasyconymi kwasami hialuronowymi, lipolizę iniekcyjną – wstrzykiwanie substancji niszczącej komórki tłuszczowe, fale radiowe i najlepsze na koniec – biodegradowalne samorozpuszczające się nici Pido – nie wiem czy chcę wiedzieć na czym to polega. Oczywiście na każde z tych zabiegów należy wydać kilka tysięcy złotych.

A jak ta się zaczęłam zastanawiać – kochane babeczki – gdzie my te jędrne uda i pupy za nie daj Boże kilka tysięcy będziemy wystawiać? Przez 10 dni na plaży latem? Ja mam jednak wrażenie że nawet mój porcelanowy tron ma to „dupie”– a przecież widuje mnie najczęściej.

Ok – są kobiety które na jędrnym  ciele zarabiają, są takie kobiety które pupą zdobywają partnerów i takie które tylko dzięki pupie utrzymują ich przy sobie (osobiście gratuluję), wtedy ok – niech inwestują. Ale nie dajmy sobie wciskać tym wszystkim pismakom, reklamom, że cellulit to jest problem którym my kobiety MUSIMY się zająć, że jest naszą przykrą dolegliwością, że do 70-tki gładka i jędrna skóra to obowiązek. Jeśli masz cellulit – maż WIELKI problem.  Hmm – mam nadzieję  że problem nie dotyka naszego pofałdowanego mózgu – pamiętajcie im więcej pofałdowań i bruzd tym bardziej rozwinięty.

Dbajmy o siebie całościowo i w sposób naturalny – jak macie ochotę oczywiście – a z pewnością Wasze ciało Wam podziękuje. Piękne retuszowane fotki – traktujcie z dużym dystansem

Zakończę sceną rodzajową z mego życia wziętą: Wieczorem w łazience wmasowuję krem w uda i pośladki. Mąż pyta: Co robisz? Odpowiadam: Eliminuję cellulit. Mąż: Ale po co ? (i tu wstrzymuję oddech z nadzieją że zostanę za chwilę obdarzona komplementem) i kończy: Przecież w nocy nie widać.

Zatem laseczki kochane – pupy do góry –  w nocy nie widać  🙂

Share