Archiwa tagu: onkologia

Zdrowie na onkologii (?)

Postanowiłam wrócić kawałek do mojej przeszłości. W sumie niedalekiej – tylko rocznej.  Nie wnikając w szczegóły (może innym razem) dane mi było wylądować w korytarzu prowadzącym do pomieszczeń w których przeprowadza się radioterapię.

W pierwszych dniach oczekiwania na zabiegi poza powiedzeniem „Dzień Dobry” pozostałym chorym skupiałam się głównie na muzyce w moich uszach, przychodzących mailach (wyskakiwałam na naświetlania w trakcie pracy) , czytaniu. Chcąc nie chcąc dolatywały do mnie historie niektórych pacjentów – rodzaj choroby, historia leczenia, obawy itp. Celowo nie włączałam się do rozmów, chociaż dnia na dzień było trudniej gdyż co dzień spotykałam tych samych ludzi, którzy zaczęli stawać się częścią mojej historii. Większość z nich przychodziła z kimś: dziećmi, mężem, żoną, rodzicami. Milczałam nie dlatego że taki ze mnie gbur i samotnik – wręcz przeciwnie. Milczałam gdyż mój przypadek była naprawdę dobry. Rak wycięty – należało go tylko przez 20 dni dobić. Tak dla pewności. Słuchając innych wiedziałam, że jestem tylko lekkim przypadkiem. Dokładając mojego pozytywnego ducha, luźne nastawienie (powinnam być umartwiona, załamana z depresyjnym wyrazem twarzy) i jeszcze aktywnie pracowałam – nie pasowałam tutaj. Bo w swym nieszczęściu byłam szczęśliwa. Jednak po trzech tygodniach już nie można było już stać z boku. Tylko ja  jeszcze nie dzieliła się swoim przypadkiem. I nagle padło to pytanie: „A Pani? Czy Pani również ma chemię? Ciężko Pani?” I widzę te zatroskane oczy wpatrzone na mnie, niektóre pełne bólu, inne już przygotowały się do obdarzenia mnie swoim współczuciem i czekają. Czekają jakim cierpieniem się z nimi podzielę. Zaczynam zatem „bardzo dobrze,  wycięto raka w całości, szczęśliwie mam tylko radio i czuję się dobrze.  Mogę chodzić do pracy itd…” Cisza. Widzę uśmiechające się twarze próbujące pokazać mi jak cieszą się ze mną. Ale w oczach rozczarowanie i żałość. Wielu z nich przeżywało swoją tragedię i ból. A ja? A ja kończyłam już z moją. Patrzę na nich i poczułam że chyba ranię ich moim „zdrowiem”. Szybko dodałam: „ale mam kolejne powiększone węzły chłonne – całe 9 dwucentymetrowych kulek na obojczyku i szyi – także kolejne badania”. I już głowy kiwają w akcie zrozumienia i aprobaty. Przygotowane miny współczucia mogły zostać efektywnie wykorzystane bo przecież te węzły dawały im znak, nadzieję (?) że może ja też jeszcze będę miała tak źle jak oni. Teraz jednak żałuję.

Z całego leczenia to była jedna z trudniejszych chwil. Chwila w której patrzysz człowiekowi w oczy i nie masz odwagi przelać na niego swojej radości. W której Twoja radość może być czyimś bólem. Chwila w której dodajesz sobie choroby aby ktoś inny poczuł się lepiej.  Pamiętam większość tych twarzy do dzisiaj. Mam nadzieję, że nie muszą ukrywać swej radości i mogą odważnie powiedzieć światu tak ja  teraz, że są zdrowi.

Sytuacje bywają trudne,  życie jest trudnie, kontakt z drugim człowiekiem bywa trudny. Miejcie jednak odwagę mówić szczerze o sobie. Dla nikogo się nie udoskonalajcie ani nie uśmiercajcie. Możliwe że inni potrzebują właśnie Waszej szczerości nawet jeżeli na początku może sprawić ból. W ostateczności jednak niekiedy może nieść nadzieję.

Nadziei – dla wszystkich. Podobno umiera ostatnia.

Share